O sekretach warsztatu skrzypka,

 odkrytych podczas nauki u wiejskich muzykantów  

 Marcin Drabik 

A teraz zagramy to samo, ale w TEN sposób! – i posypały się dźwięki, które choć składały się na znaną mi już melodię, to brzmiały zupełnie świeżo i nadały jej nowych barw.

Gdyby w tym momencie pojawiło mi się w głowie pytanie: czego można nauczyć się od wiejskiego grajka, będąc po akademii muzycznej? – odpowiedź równie błyskawicznie przyszłaby mi na myśl i – niewypowiedziana – pozostawiłaby uśmiech na twarzy… Wszystkiego!

Siła i ogrom materii muzycznej, które są pretekstem do natychmiastowego jej zgłębiania, tylko poszerzają ten uśmiech i już wiadomo, że cały sens tkwi w swobodzie.

Takie odczucia towarzyszyły mi podczas pierwszych wyjazdów do muzykantów ze wsi Przystałowice Małe jakieś parę lat temu. Zaraz po tym poznałem muzykantów i miłośników tej muzyki we wsiach Wygnanów, Ostrołęka, Dęba i Nieznamierowice.

Dawniej – snuje dygresję muzykant – gwizdało lub śpiewało się melodie chłopakowi i jak nie umiał powtórzyć, to żadnej kariery mu nie wróżono… Pomyślałem – to niezły poziom tu mamy, „katując” mazura od godziny… i do swobody daleko. Tam w górze to Jan gra cis czy c? Znów pudło, bo nie było to ulubione pytanie Jana.

W sumie zawijas palcem po strunie miał i ten, i ten dźwięk, a nawet zahaczał o jeszcze parę częstotliwości, które w zwolnionym tempie przesłuchiwałem później w domu, na komputerze, nie mogąc wyjść z podziwu dla gracji owego „zawijasa”. Coś jakby zagwizd, zawołanie…

I bądź tu swobodny.

Po jakimś czasie kolejna wizyta u mistrza nie pozostawia złudzeń. Oto leci seria zawijasów jeszcze zgrabniejszych, a po tamtym ani śladu… Granie tematu okazywało się tylko pretekstem do zabawy frazą. Zabawa – w przypadku świeżego dla mnie tematu – szybko kończyła się stwierdzeniem: troszkę inaczej, musisz tak wyciągnąć… To także słowa Jana, tylko innego.

W jednej małej wiosce żyje dwóch Janów – skrzypistów: Jan Gaca i Jan Kmita. Jak później miałem okazję się przekonać, mieszka tam również trzeci skrzypista – Tadeusz Jedynak.

Ten muzyczny wszechświat pełen zakręconych melodii i zupełnie różnych od siebie charakterologicznie i stylistycznie muzykantów, napawa mnie ogromną radością tym bardziej, że dotyczy stron rodzinnych mojego dziadka, które znałem z dzieciństwa, oraz skrzypiec – instrumentu, któremu poświęciłem wiele lat pracy.

Okazało się, że fascynacje najróżniejszymi stylami muzyki skrzypcowej z całego świata zaprowadziły mnie prosto do wsi, niedaleko której spędzałem kiedyś wakacje.

Na pewnym etapie nauki spotkania z muzykantami przybierały formę swoistych „małych śledztw”. Wypytywałem różnych muzykantów o te same tematy, by zestawić różnice i podobieństwa. To nie było najgorsze posunięcie, skoro w ten sposób odsunąłem od siebie widmo „melodii – węży”, a przybliżyłem warstwę rytmiczną.

Tak, tak, „węży”, bo mazurki z tych stron przy pierwszym ich usłyszeniu wydają się wyjątkowo pogmatwane.

Z czasem okazało się, że warianty rytmiczne są u każdego z grających inne, ale słychać i to, że to ten sam rytm mazura, i to, że wszystkie warianty są „z jednego podwórka”.

Podczas przeróżnych przeglądów i zabaw tanecznych przekonałem się, że muzykantów jest na Radomszczyźnie sporo, i to świetnie grających.

Wspólny mianownik ich gry to „motor”, który rozpędza się od pierwszych taktów i sunie tanecznie, wyczerpując kolejne możliwości wariantywnego „ogrania” tematów. Taki „motor” to specjalny układ akcentów o różnej sile, który „przewija się” w różnych wariantach i jest bazą właściwie każdej „tanecznej” muzyki tradycyjnej. Znana mi do tej pory muzyka szwedzka, amerykańska (bluegrass) czy irlandzka właśnie dzięki temu „motorowi” stała mi się bliska. Tym większa okazała się radość przy odnalezieniu wspomnianego „motoru” w naszej muzyce wiejskiej.

Kiedy podczas zabaw grał Jan Gaca lub jego brat Piotr, można było obserwować, jak to rzemiosło – gry do tańca – jest przez nich opanowane i w jaki sposób stymulują tancerzy. Muzykancka swoboda w improwizowaniu w obrębie konkretnej stylistyki kojarzyła mi się z najwybitniejszymi wykonaniami muzyki skrzypcowej w ogóle.

Mazurek i oberek – formy, które „trąciły” zakurzonym starym światem, do tego ubranew klasyczne orkiestracje i nadmiernie „operowe” emocje, nagle ożyły, aż skrząc się od zadziorności i ekspresji.

Przecież to jest coś, czego powinni uczyć w polskiej szkole! – pomyślałem. Tym bardziej że przykładów takich praktyk na uczelniach całego świata nie brakuje. Są wręcz powodem do dumy i pretekstem do organizowania wybitnych wydarzeń muzycznych. Nierzadko w kontakcie z nowoczesnym instrumentarium powstają nowe style. Analogia do muzyki irlandzkiej czy szwedzkiej nasuwa się tu sama.

Wspomniane wyżej tradycyjne style muzyczne różnych krajów w dużym stopniu „realizują się” w sytuacjach zabaw i spotkań tanecznych. Niektóre cieszą się większym powodzeniem w jakimś konkretnym regionie, inne są powszechnie znane. U nas jest dokładnie tak samo.

Polski Mazurek czy Kujawiak powinien być jedną z podstawowych form w kształceniu instrumentalistów w zakresie muzyki tradycyjnej. W Szwecji jest to między innymi taniec polska (w kilku odmianach), podobnie jak u nas oberki: ciągły, techniczny, drobiony, a w Irlandii: reel/slow reel, jig/slip jig czy hornpipe.

Powróćmy do samych muzykantów. Wielką przygodą okazał się dialog z innym instrumentem melodycznym – harmonią. Gra z harmonistami: Tadeuszem Lipcem, Janem Foktem czy Tomaszem Stachurą pokazała mi, że w całym tym mazurkowym gąszczu nawet drugi melodyczny instrument ma dużo swobody. Starzy skrzypiści w bardzo ciekawy sposób dogrywali do harmonii inny głos lub wariant – w relacji jakiegoś interwału do tematu. Robili to często na koniec frazy, dzięki czemu powrót głównej melodii sprawiał wrażenie „odświeżonego”. Doświadczony harmonista wręcz oczekuje takich zagrań od skrzypka.

Sam w tym celu często schodzi w inny rejestr, zmieniając plan w brzmieniu i pozwala wypłynąć skrzyliście nad harmonię, by ten mógł ozdabiać melodie oraz ogrywać ją na różne sposoby.

Dla każdego skrzypka tak wygląda muzyczny raj, niezależnie od tego, co i jak gra na co dzień.

Zauważyłem też inne ciekawe zjawisko: ogrywanie tematów mazurkowych ma często silne podłoże emocjonalne, zwłaszcza gdy towarzyszy mu śpiew. Tak zwane wyrywasy, czyli przyśpiewki przechodzące w formę prześpiewywania się osób biorących udział w zabawie na wiejskiej potańcówce, potrafią niejednokrotnie wykrzesać z muzykantów warianty dotychczas „ukryte”. Może wynikać to z charakteru zabawy. Ponieważ w trakcie wybrzmiewania wyrywasów zaangażowani są i grający, i tańczący, i śpiewający, zaczyna powstawać swego rodzaju scenariusz, pisany na bieżąco. Jest to sytuacja podobna do wspólnego budowania domku z kart – niekiedy udaje się stworzyć bardzo wysoką konstrukcję. Również tutaj tak zbudowane napięcie pozwala muzykantom na zabawę wariantami, a wręcz ją wymusza, bo śpiewacy (by pozostać w dialogu) muszą robić swoje wejścia w stosunkowo krótkim czasie. Miejsca, gdzie muzykanci zostają wypuszczeni na pierwszy plan, to chwile zaraz po zaśpiewie oraz tak zwane „powtóry” (chorusy) części B tematu. Grać jeden wariant jak katarynka nie przystoi, więc muzykanci każdy powtór „wywijają” w inną stronę. Raz kończą melodią do góry, raz w dół.

Często taki wariant daje wrażenie serii pytań i odpowiedzi. Ciągła potrzeba odświeżenia, ozdobienia podstawowej melodii w inny sposób, prowadzi – zwłaszcza w trakcie takich wyrywasów, gdzie emocje udzielają się wszystkim – do powstania nowych wariantów, a nawet całych nowych tematów, które na przykład w takich okolicznościach przypominają się starszym muzykantom. Warto wspomnieć, że muzycy tradycyjni z innych krajów także grają te same melodie, ale za każdym razem inaczej.

Wróćmy do relacji tekstu i wygrywanej do niego melodii. W taki sam sposób, jak w przyśpiewkowych obrazkach czy scenkach, właściwe treści ukryte są pod warstwą specyficznej poetyki i języka. Dopiero wzajemne oddziaływanie, zestawienie melodii i słów sprawia, że mamy do czynienia z miniaturkami – dziełami, obok których nie da się przejść obojętnie.

Im dalej brnie się w naukę tej stylistyki i charakteru gry, tym melodii pojawia się więcej. Przyśpiewki mogą się ciągnąć w nieskończoność.

Bardzo pomocne w nauce gry do tańca okazuje się obserwowanie i naśladowanie ruchu smyczka u starszych skrzypistów. Każdy robi to inaczej, ale sprowadza się to do tego samego. Dzięki specyficznemu rozłożeniu akcentów tworzących frazę cztero- lub pięciotaktową w metrum trójdzielnym muzykant uzyskuje „utanecznienie” melodii i przy zachowaniu precyzji rytmicznej staje się wykonawcą autonomicznym.

Odpowiednie smyczkowanie sprawia, że melodia grana jest lekko, ale bardzo rytmicznie, tanecznie. Sami muzykanci jako największy walor w grze traktują wykonanie, do którego nie trzeba bębnić, a rytm jest tak „wyłożony”, że wraz z dźwiękiem kroków tancerzy tworzy zamkniętą całość.

Dodawanie kolejnych instrumentów ozdabia brzmienie, ale wykonanie solo, z zachowaniem wszystkich rytmicznych wymogów i do tego z ciekawymi wariantami jest najbardziej cenione.

By móc właściwie ocenić wirtuozerię gry muzykanta, trzeba usłyszeć, jak gra solo.

Poza tym jest to świetny materiał dydaktyczny, gdyż pozwala dostrzec istotne szczegóły, które w grze całego zespołu są przysłonięte.

Warte uwagi są wszystkie przeglądy muzyki tradycyjnej. W ich programie jest prawie zawsze kategoria solistów. Do tego trzeba dodać, że kilka z nich, na przykład „Dni Kolbergowskie” w Przysusze czy „Powiślaki” w Maciejowicach mają swoje „drugie życie” – na zapleczu sceny lub w tamtejszych parkach. Kapele grają tam otoczone grupkami słuchaczy i to właśnie wśród słuchaczy pojawiają się chętni do prześpiewywania się. Są to wyjątkowe chwile, a jako nauka formy mazurkowej i zapoznania się z zasadami muzykanckimi – wręcz niezbędne. Przegląd jest też po prostu świetnym miejscem spotkań dla muzykantów.

Rośnie zainteresowanie młodych osób przeglądami i muzyką tradycyjną w ogóle. Mimo to na scenach takich przeglądów widzimy nie przekrój pokoleniowy, a jedynie najstarszych reprezentantów muzyki ze swoich stron. Młodsi muzykanci to niezwykła rzadkość.

Trzeba dodać, że we wspomnianej już Irlandii czy w Stanach Zjednoczonych są to jedne z bardziej prestiżowych imprez, gdzie w konkursie głównym bierze udział młodzież, a starsi występują jako gwiazdy. Takie przeglądy i festiwale ściągają fanów muzyki tradycyjnej z całego świata. Tymczasem jeszcze do niedawna na takich imprezach u nas rzędy krzeseł pod lichą sceną świeciły pustkami.

Inicjatywy, które pojawiły się w ostatnich latach, takie jak festiwale muzyki tradycyjnej czy tzw. noce tańca oraz coraz większa liczba młodych instrumentalistów (niekiedy uczniów konkretnego wiejskiego muzykanta) dają szansę na dynamiczny, autentyczny rozwój muzyki tradycyjnej w jej właściwym kontekście (muzyka taneczna grana do tańca, a nie na scenie itd.).

Tym bardziej że w krajobrazie muzycznym Polski jest jeszcze wielu wiejskich mistrzów, którzy czekają, by przekazać komuś starodawne melodie i muzykancki fach.

zmiana wielkości czcionki
Tryb kontrastowy