Podróż na Kurpie 

 kartka z dziennika 

 Katarzyna Huzarska  

Kurpiowska szkoła tradycji

Nasza przygoda z Kurpiami rozpoczęła się od kilku domowych wizyt w poszukiwaniu pieśni i melodii. W ten sposób zawarliśmy znajomość ze śpiewaczkami z zespołu Bandysionki

czy z panią Zosią Warych z Myszyńca. Jeździliśmy tam zauroczeni nagraniami, które mogliśmy usłyszeć z nielicznych wówczas wydawnictw lub przy okazji warsztatów śpiewu, które organizowaliśmy w Gdańsku. Po tych pierwszych wizytach byliśmy już pewni, że na Kurpiach chcemy zostać na dłużej …czytaj dalej

13 września 2014, sobota

Gwarna sala starej drewnianej szkoły w niewielkiej wsi Bandysie. Kurpie. Miejsce, do którego trafiłam trochę przypadkiem kilka lat temu i absolutnie nie przypuszczałam, że zasiedzę się tutaj na dłużej.

Muzykanci zebrani pod ścianą wsłuchują się w mocny śpiew kobiet. Skrzypek i harmonista cichutko próbują odnaleźć na swoich instrumentach dźwięki pieśni wypełniającej pomieszczenie. Do zdecydowanych, tak bardzo charakterystycznych głosów śpiewaczek, dołączają w „powtórach” młodzi.

Pieśń niesie się daleko poza otwarte okna…, dociera do drzew, pól i domów… Ostatnia zwrotka i ostatni powtór… Śmiech pań i nasz entuzjazm. Potem z melodią płynnie wchodzi harmonia, a za nią skrzypce. Po chwili dołącza bębenek.

Myślę sobie, że tak mogły kiedyś wyglądać tutejsze potańcówki. Muzyki, jak mawiają mieszkańcy Bandyś. Od dawna nikt tu nie gra już do tańca. Nie ma spotkań, na których ludzie cieszyliby się swoją obecnością, śpiewali i tańczyli przy tradycyjnej muzyce na żywo. Nie ma muzykantów, którzy by takie spotkanie udźwignęli.

Nasze zgromadzenie jest w związku z tym ciut inne. Przyjechali ludzie z różnych stron Polski. Młodzi entuzjaści muzyki tradycyjnej w postaci in crudo. Przyjechali się uczyć, ale też bawić.

Muzyka wypełnia salę i wypływa otwartymi oknami. Tak jak wcześniej śpiew. Widzę, że niektóre panie aż podrygują nogami pod stołem. Na parkiecie kilka par wirujących energicznie, radośnie. Nawet jeśli to nie tłum, to i tak w tym roku mamy duży postęp w zaangażowaniu miejscowych. Są z nami śpiewaczki, komendant OSP z żoną i jeszcze kilka osób.

To budujące, że tegoroczne spotkania powolutku, ale jednak wyraźnie zyskują zainteresowanie mieszkańców Bandyś. Siedzę pod oknem i uśmiecham się pod nosem. Myśli same z siebie uciekają do wspomnień z pierwszych wizyt u pań i do nieśmiałego oswajania się ze sobą.

Do siedzenia w kuchniach, pokojach, do rozmów przy herbacie, ciastkach, sałatkach i nalewkach. Do śpiewów coraz bardziej wspólnych. Do wspólnej chęci po prostu bycia ze sobą.

Przed oczami staje mi kuchnia pani Brońci. Kilka lat wstecz. Nasza grupa porozsadzana pod piecem i pod ścianami. Bandysionki w pełnym składzie (wtedy była to Antosia Deptuła, Brońcia Świder, Marysia Piórkowska i Marysia Kuta). Stoją, trzymając się za ręce, trampają po drewnianej podłodze i wprawiają swoim śpiewem cały dom w wibracje.

Pieśń wypełnia pomieszczenie, wciska nas jeszcze bardziej w ściany i porusza do żywego.

Chyba nie ma nigdzie indziej w Polsce pieśni takich jak tu, ani stylu śpiewaczego takiego jak tu.

Pełne zdobników, melizmatów, apokop, zawijasów i co tylko sobie jeszcze można wymarzyć. Nie do podrobienia. Kuchnia pani Brońci jest prosta, bez zlewu i kranu, z miską i wiadrem, z piecem i kuchenką z fajerkami. Choć są w niej też nowoczesne funkcjonalne meble. To takie dzikie trochę zestawienie tradycji i nowoczesności. Na te kilka chwil, gdy pieśni wypełniają ją szczelnie, staje się zdecydowanie centrum wszechświata. Nie ma niczego ważniejszego. Są Bandysionki i ich śpiew. I jesteśmy my, żeby tego śpiewu wysłuchać. Całkowicie naturalny porządek rzeczy. Kuchnia staje się w magiczny sposób miejscem, wokół którego kręci się nasza planeta.

Takich spotkań mieliśmy potem więcej. To pierwsze jednak było bardzo intensywnym przeżyciem. Spowodowało, że zauroczyłam się kurpiowskim śpiewem. Myślę, że mimo mojego przyzwyczajenia do nadmorskich wzgórz morenowych, właśnie wtedy też zafascynowałam się krajobrazem tego regionu. Równie unikatowym jak śpiew. Na rozległych płaskich, piaszczystych terenach są albo łąki i pastwiska, albo sosnowy las. A najczęściej spotykanym stworzeniem – obok człowieka – jest krowa.

I ten właśnie krajobraz, z krowami pod sosnami i brzózkami, stał się tak miły memu sercu. Tak bardzo związany z pieśniami, niosącymi się daleko po tych bezkresnych przestrzeniach. Będąc w tutejszych lasach, spacerując po łąkach i polach, łatwo sobie wytłumaczyć, dlaczego taka siła zawarta jest w pieśniach leśnych i polnych.

Aż chce się nabrać tchu i zaśpiewać pełnym głosem… Tak, żeby echo odpowiedziało i aby las zaśpiewał wespół.

Wracam do rzeczywistości. Znów jestem w sali starej drewnianej szkoły. Polka zdążyła się skończyć, ale za to w jej miejsce rozbrzmiewa powolniak. Tomek i Dominik naprawdę doskonale sobie radzą. Młodzi – przyjezdni i starsi – tutejsi integrują się w rozmowach, tańcach i prześpiewywaniu się wzajemnym. Muzykanci cichną i pozwalają na wyśpiewanie się ludziom. Po chwili sala wypełnia się śmiechem i brawami, a potem melodią, znów ze śpiewu – podkradzioną na instrumenty. Moje myśli jednak szybko uciekają. Ponownie do leśnych i polnych przestrzeni i śpiewu tak pięknie w nich brzmiącego.

Dziś popołudniem byliśmy z paniami w lesie. Uczyliśmy się właśnie leśnych pieśni.

One dwie. Siedziały na krzesełkach – czerwonych, plastikowych, mocno kontrastowych do „wielotonalnej” zieleni lasu, do mchu porastającego ziemię i pnie, grzybów wychylających się spod trawy, suchych gałęzi zdobionych porostami i krzewów walczących o przestrzeń z górującymi nad nimi sosnami. Siedziały i śpiewały. Ich głosy bez trudu niosły się daleko. Spokojne, stabilne, mocne… Niczym właśnie te sosny wokół.

Niesamowite, jak inaczej, jak pełniej śpiew brzmiał w leśnym ostępie… Dotąd słuchaliśmy tych pieśni w pokojach, salach, zawsze w pomieszczeniach zamkniętych. Teraz dopiero zrozumiałam, że ciasno im było w takich małych przestrzeniach. Między drzewami były piękniejsze. Prawdziwsze. Takie, jakie być powinny. Wianuszek młodych otaczał na siedząco panie, ucząc się mozolnie. Śpiewali niepewnie. Oni nie przywykli do tak otwartych przestrzeni. Ich głosy gubiły się i nie miały odwagi przebić się przez gęstwę lasu. Dopiero pod koniec zajęć dwadzieścia gardeł było w stanie ponieść pieśń dalej. Ale i tak dwie starsze panie wybijały się wyraźnie, a ich głosy współgrały z echem. Stałam z boku, robiłam zdjęcia, głównie słuchałam. Aż ciarki chodziły po kręgosłupie. To było piękne doświadczenie.

Mam wrażenie, że znacznie częściej powinniśmy śpiewać na zewnątrz. Że to właśnie tu jest miejsce większości pieśni. Przecież wiele z nich powstawało właśnie po to, by brzmieć przy pracy w polu, podczas wypasu krów w lesie, by dać znać sąsiadom mieszkającym za polem czy lasem. I naprawdę w otwartych przestrzeniach brzmią one znacznie pełniej.

Zostaję wyrwana z zamyślenia. Z uśmiechem ruszam do tańca z komendantem OSP.

To dobry tancerz. Jego żona, pani Marysia i jego mama, pani Bączkowa, cieszą się i coś komentują. Ja też się cieszę. Wieczór mija szybko. Panie, które deklarowały, że wcześnie będą musiały wracać, podobnie jak i pan Sieruta z Olszyna, dopiero po północy orientują się, że już noc głęboka. Chcą i nie chcą wracać do domów. To dla nas najlepsza nagroda. Rozwozimy ich do domów z Sewerynem. Wszyscy są zadowoleni, że zdecydowali się przyjść. Wiem, że na kolejne spotkanie też się stawią. I że muzyka, śpiew i taniec znów ich odmłodzą. A to, co boli, na te kilka godzin nie będzie doskwierać. Uśmiecham się do siebie, zamykając za sobą drzwi szkoły. W sali nadal jasno, nadal gwarno. Instrumenty grają, ludzie śpiewają i tańczą. Siadam sobie i w końcu spokojnie zjadam kawałek ciasta. Wypijamy grzecznościowo z Sewerynem na prośbę innych po kieliszku lokalnego bimberku. Tańczymy chwilę. O pierwszej postanawiam cichcem ulotnić się na swoje legowisko w innej salce. Zakopuję się w śpiwór. Muzyka i śpiew dobiegają wyciszone i usypiają.

Tak oto mija kolejne spotkanie w Bandysiach. Choć dla większości ono trwa w najlepsze i będzie pewnie jeszcze trwało kilka godzin. Chyba jestem za stara na siedzenie do rana… Zasypiam spokojnie, a do uszu moich dobiega powolniak, którego Tomek odczytał niedawno ze Skierkowskiego… Tak, to był dobry dzień…

Pin It on Pinterest

Share This