Szkoły tradycji 

 mapa działań  

 Paweł Zając  

…powrót do „Szkoły tradycji”

 

Skąd pomysł na szkoły tradycji?

Pomysł zrodził się z poczucia, że znaleźliśmy się w punkcie, w którym muzyką tradycyjną nie możemy już się nie zajmować (do stanu tego doprowadziliśmy się po części na własne życzenie, a częściowo na skutek rozmaitych wypadków losowych). Z drugiej strony poczuciu temu towarzyszyło jednoczesne przekonanie, że dotychczasowe sposoby obcowania z tą muzyką i jej traktowania przez „nas” – ludzi z miasta – „trafiają w pudło”, omijają sedno sprawy. Że sama skrupulatność w przyswajaniu dawnych melodii, emisji głosu, techniki tańca, maniery wykonawczej itp. – stanowi zaledwie wąziutki, niewystarczający „wycinek tortu”. Że czegoś niezwykle istotnego tu brakuje.

Wszystkie ślady i tropy sukcesywnie utwierdzały nas w przekonaniu, że znaczące, pokaźne „wycinki tortu” ukryte są w szeroko pojmowanym kontekście, w jakim muzyka była niegdyś wykonywana, począwszy od przepastnej sfery określanej przez nas mianem „peryferii muzyki”, poprzez związki między muzyką, a tym, co wydarzenie muzyczne celebruje. Oś świętowania, więzi i relacje między uczestnikami zgromadzenia muzycznego, doświadczenia, jakie stają się ich udziałem (przy których to doświadczeniach sama muzyka schodzi często na plan dalszy), a skończywszy na całym „ekosystemie”, w którym takie zgromadzenia stają się możliwe.

Kulty cargo

Jak zatem odbudować „środowisko” dla muzyki? Co do tego, że wszelkie naiwne koncepty w rodzaju „powrotów do dawnych tradycji” należy darować sobie na samym wstępie, wątpliwości nie mieliśmy. Kultura tradycyjna dawno przestała istnieć, a muzyka bezpowrotnie straciła zdolność „wpływania” na rzeczywistość w sposób, jaki czyniła to dawniej. Świat zmienił się, a wszelkie naciągane, „dosłowne” próby rekonstrukcji magiczno-mitycznych sensów, które z dawną muzyką były splątane, są w równym stopniu niewykonalne, co zbędne i zawsze będą ocierać się o wprawiający w zakłopotanie teatrzyk.

Próby rekonstrukcji folklorystycznych, którym towarzyszy wiara, że za pomocą naśladownictwa zewnętrznych form można otrzeć się o dawny tradycyjny świat, przywodzą na myśl melanezyjskie kulty cargo. W kultach tych tubylcy, zazdroszcząc Europejczykom bogactw, podejmowali działania naśladujące zachowanie białego człowieka. A ponieważ dobra materialne przybywały samolotami i na statkach, tubylcy w nadziei pozyskania upragnionych dóbr zaczęli budować konstrukcje przypominające nabrzeża, magazyny, lotniska, naśladować ruchy, które biali wykonywali na pasach startowych. Bezskutecznie. W sytuacji podobnej do kultów cargo znajduje się również bardziej wyrafinowany nurt zainteresowań muzyką tradycyjną, któremu towarzyszy przekonanie, że poprzez wierne naśladowanie form muzycznych (rytm, melodia, emisja głosu, technika gry na instrumencie) możemy uzyskać dostęp do jakichś bliżej nieokreślonych, archaicznych energii. Samoloty z tajemniczym ładunkiem jednak nie przylatują. Kulty cargo skazane są na niepowodzenie, bo pomijając istotę sprawy, skupiają się na naśladownictwie zewnętrznych form.

Muzyka w zoo

Dziś większość sytuacji, w których muzyka tradycyjna brzmiała dawniej, to sytuacje martwe lub dogorywające. Co zatem z tak piękną, lecz „nieprzydatną” muzyką począć?
Jedno z prostszych i samonarzucających się rozwiązań brzmi: ocalić w możliwie wierny sposób dawną formę muzyki, przyswoić technikę i wypchnąć ją na „scenę”, zadawalając się estetyczno -popularyzatorskimi walorami takiego zabiegu. W wersji mniej ambitnej można dodatkowo wpleść w nutki rytm rocka, by uczynić rzecz strawniejszą dla współczesnego ucha. W obu tych –  jakże odmiennych pod względem „ideologii” i jakości muzycznych przypadkach – ma miejsce jednak podobna katastrofa.
Po pierwsze, barwna i wielowymiarowa postać muzykanta – czy jak kto woli – muzyka ludowego zdegradowana zostaje do roli artysty. Po drugie, zabieg taki sprawia, że muzyka zostaje wtłoczona w nienaturalne dla niej środowisko, w którym, chcąc nie chcąc, nieporadnie próbuje się odnaleźć.

„Prezentacyjny” tryb praktykowania muzyki ludowej stanowi rodzaj ogrodu zoologicznego, który wprawdzie pozwala gapiom rzucić okiem na okaz, ale zmusza do zastanowienia, ile usychający i stłamszony osobnik ma wspólnego z jego odpowiednikiem „na wolności”. Co więcej, forma sceniczna stawia ograniczenia również samemu wykonawcy. I to bez względu na to, jaką biegłość w swym muzycznym fachu osiągnął. Na naszych szerokościach geograficznych spotkać można wielu muzyków, którzy opanowali repertuar tradycyjny oraz osiągnęli kunszt i kompetencje techniczne, jakich można jedynie pozazdrościć. Nie zmienia to jednak faktu, że wirtuoz muzyki tradycyjnej, wykonując ją w okolicznościach koncertowo–prezentacyjnych, znajduje się w roli porównywalnej do sytuacji posiadacza wspaniałego porsche, którym można jeździć jedynie po podwórku lub „ćwiczyć na sucho” zmianę biegów. A przecież nie do takich celów porsche zostało stworzone.

Dlatego w swoich poszukiwaniach staramy się odbudować autostradę, a przynajmniej drogę szybkiego ruchu, na której można by się z muzyką rozpędzić, poczuć pęd powietrza i doświadczyć mocy silnika naszego wehikułu. Sam tryb prezentacyjny nie jest oczywiście niczym zdrożnym. Część sympatyków muzyki tradycyjnej może nie być zainteresowana uczestnictwem w żywych zgromadzeniach muzycznych, bo nie ma też takiego obowiązku. Chcą po prostu słuchać muzyki, a sytuacje sceniczne im to umożliwiają. Nie postulujemy więc zamknięcia ogrodów zoologicznych, bez których wiele starożytnych i egzotycznych gatunków nie mogłoby ujrzeć dziś światła dziennego. Trzymamy się jednak nadziei, że nie wszystkie gatunki skazane są ostatecznie na ten los.

Ale skoro do dawnego świata nie ma powrotu, to czy możliwe jest mimo wszystko znalezienie takiej formuły praktykowania muzyki tradycyjnej, która z jednej strony uwolniłaby ją z ogrodu zoologicznego, a z drugiej strony osadziła w żywych realiach społecznych, nie przebierając jej jednocześnie w „kierpce i zapaskę” i nie zamieniając w kulty cargo?
Odpowiedź jest twierdząca – przynajmniej tej wersji się trzymamy. I właśnie powyższemu wyzwaniu poświęcone jest przedsięwzięcie o nazwie Szkoły Tradycji.
W telegraficznym skrócie: projekt polega na regularnych, długoterminowych, a opisanych niżej działaniach „przyjezdnych z miasta” w wybranych społecznościach wiejskich, podczas których to działań ma miejsce specyficznie rozumiana wymiana. Operacja, jaką jest próba przywrócenia muzyce jej naturalnego środowiska, ma dwojakie skutki. Z jednej strony zmienia społeczność, w której działania szkół tradycji są podejmowane, a z drugiej stwarza możliwość takich doświadczeń oraz pozyskania takich kompetencji muzycznych, które nie są możliwe do pozyskania (co do czego jesteśmy głęboko przekonani) w trybie warsztatowym czy w zaciszu miejskiego mieszkania w Krakowie, Olsztynie czy Poznaniu.

W tym, że eksperyment nie jest kompletną mrzonką, utwierdzają nas działania podejmowane od kilkunastu lat na terenach Radomszczyzny  i Podlasia przez Stowarzyszenie „Tratwa”. W swoich poszukiwaniach staramy się odnaleźć żywą oś świętowania odwołującą się do realnych, a nie wydumanych problemów, z jakimi mierzy się społeczność lokalna. Oś, wokół której skoncentrowane mogłyby zostać działania muzyczne. Przyglądając się uważnie dawnym mechanizmom i narzędziom, jakimi posługiwała się kultura tradycyjna, tworząc zgromadzenia, staramy się twórczo je zaadaptować, tzn. wykorzystujemy te narzędzia, które przetrwały próbę czasu, a narzędzia anachroniczne porzucamy lub poszukujemy ich współczesnych „zamienników”, które pomimo zmiany formy zewnętrznej zachowują istotę sprawy.

Muzyka lunatyka, czyli „po co dzielić włos na czworo?”

Głównym założeniem Szkół Tradycji jest dbałość o to, by unikać nieprzytomnego snucia się po wioskach, tzn. działań bezładnych i zachowań „lunatycznych”. Dotyczy to zarówno sfery planowania własnych przedsięwzięć (TAKTYKA LUNATYKA), podejmowanych działań w społeczności lokalnej (PRAKTYKA LUNATYKA), jak i własnej aktywności muzycznej (MUZYKA LUNATYKA).

Po co jednak cały namysł teoretyczny, skoro – jak podpowiada intuicja – ludzie od wieków muzykowali naturalnie, bez wyrachowania, spontanicznie? Czy nie wystarczy ochoczo,  z oddaniem otworzyć „białe” nietemperowane gardła i wydobyć smyczkiem starożytną nutę, a wszystkie zagadki rozwiążą się same? Nie wystarczy. Kultura, która dawała dawniej ludziom komfort niezadawania pytań, kultura, w której pewne rzeczy były ustalone, oczywiste, bo „wyssane z mlekiem matki” – od dawna nie istnieje. Takiego komfortu nie mamy. Musimy budować wszystko niemal od początku.
Dlatego kładziemy nacisk na planowanie i namysł teoretyczny. Nie przeceniamy ich jednak. Zdajemy sobie sprawę, że jest to zaledwie cząstka wysiłków, które muszą zostać podjęte, by przedsięwzięcie zakończyło się powodzeniem. Tym niemniej jest to właśnie ta cząstka, do której trzeba przyłożyć się z maksymalną starannością, by w ogóle ruszyć z miejsca. Choć istnieje „naturalny” opór przed tego typu operacjami umysłowymi („artystycznym osobowościom” nie przystoi wszak nudne dzielenie włosa na czworo i gwałcące spontaniczność planowanie), to zaniechanie tego typu wysiłków może doprowadzić do sytuacji, w której w swoim działaniu skazujemy się na tzw. „model pseudointuicyjny”, który z intuicją najczęściej niewiele ma wspólnego, a zwykle polega na tym, że bezwiednie przyjmowanym punktem odniesienia stają się sentymentalne, nierzeczywiste, krążące obiegowo w kulturze współczesnej, stereotypowe obrazki kultury ludowej („wieś tańczy i recytuje”, „wieś siermiężna i prasłowiańska”, „wieś autentyczna i spontaniczna”, „wieś transowa i odjazdowa”, „wieś mroczna i liryczna” itp.). Obrazki te mogą mieć mniejszy lub większy stopień wyrafinowania, tak czy owak „nam”, ludziom z miasta, niezwykle trudno jest się przed nimi ustrzec. Dlatego też nie chodzi o to, by zamiatać je w zawstydzeniu „pod dywan”, lecz by je konfrontować z trzeźwym oglądem sprawy, posługując się przy tym szarymi komórkami.

Zaniechanie tych operacji sprawia najczęściej, że to, co jesteśmy skłonni nazywać naturalnym, spontanicznym, intuicyjnym podejściem do tematu, stanowi rodzaj lunatykowania po tych sentymentalno-mitycznych wizjach. Owocem takiej praktyki mogą być jedynie estetyczno-emocjonalne poruszenia do tych wizji się odwołujące i tych „scenek rodzajowych” poszukujące. Doświadczenia te mogą być oczywiście niezwykle przyjemne. Nie takich doznań jednak poszukujemy. Uniknięciu tych i innych pułapek posłużyć ma mapa działań.

 

fot_01_Pawel_Zajac

 

Mapa, czyli jaką strukturę mają działania Szkoły Tradycji

Używając figury batalistycznej, projekt Szkoły Tradycji stanowi rodzaj desantu, podczas którego uprzednio upatrzona wioska najechana zostaje przez „aktywny element obcy” w postaci adeptów Szkół Tradycji. W efekcie najazdu nastąpić ma wymiana, która zmienia zarówno najeźdźców, jak i najechanych. Dla złagodzenia tej wojennej retoryki przyjmijmy, że najazd ma charakter „misji humanitarnej”, której przyświeca cel wpłynięcia na społeczność miejscową, bądź też przywrócenia/ocalenia jakiejś części jej spuścizny. Ponieważ jednak żadna „szanująca się” misja humanitarna nie dokonuje owych szlachetnych czynów całkowicie bezinteresownie (zawszeć to najeźdźca), podstawowe pytanie, jakie powinno towarzyszyć działalności „misyjnej” Szkół Tradycji, brzmi: „jakie korzyści dla siebie chcę wyciągnąć z przygody, czego chcę się nauczyć”. Taka optyka postrzegania sprawy ma na celu uniknięcie postaw jałowego, nachalnego aktywizmu i wychodzi z założenia, że społeczność lokalna zyska najwięcej wówczas, gdy Szkoły Tradycji zadbają w pierwszym rzędzie o jakość własnych działań, zarówno tych muzycznych, jak i tych „okołomuzycznych”. Bez znajomości odpowiedzi na pytanie „czego chcemy” niemożliwa jest uczciwa i sensowna wymiana.

Przed przystąpieniem do desantu, przynajmniej w wersji życzeniowej, każdy z adeptów Szkół Tradycji powinien zmierzyć się również z serią fundamentalnych pytań dotyczących tego, co mamy do zaoferowania miejscowym? Czy mamy wizję zmian, które nasza obecność ma sprowokować? Jaki mamy plan, by do nich doprowadzić? Jeśli wizji i planu nie mamy, to czy na pewno warto zawracać miejscowym głowę? Jeśli traktujemy nasz desant jako rodzaj „misji humanitarnej” mającej „ratować” miejscową ludność, jej zwyczaje, muzykę, kulturę – dlaczego sądzimy, że warto coś ratować? Czy nasza wizja, do której chcemy przekonać ludność miejscową, nie jest jakąś sentymentalną mrzonką nieprzystającą do rzeczywistości? Co jest „wrogiem”, przed którym chcemy ratować miejscową ludność? „Dyktatura płytkiej popkultury”, telewizor, disco polo (i inni dyżurni „wrogowie”)?
Dlaczego to, co proponujemy, miałoby być lepsze?  Skoro elementy dawnej kultury wymierają, a ludzie na wsi nie są nimi zainteresowani, to może jest to proces naturalny, a dawne zwyczaje przestały pełnić swą funkcję? Czy wobec tego nasza „misja humanitarna” nie jest nachalna, arogancka i nie stawia ludzi na wsi w roli ignorantów, którzy nie wiedzą, co jest dla nich dobre? Na ile nasza wizja, w którą chcemy wtłoczyć społeczność miejscową, stanowić może dla niej atrakcyjną alternatywę, a na ile  realizację wyobrażonego przez nas swoistego  teatrzyku, w którym miejscowi będą na ludowo przystrojonymi statystami spektaklu zaspokajającego nasze zachcianki estetyczne czy fanaberię obracania się w „ludowych klimatach”: widowiska, które nie jest „darem” w wymianie dla społeczności lokalnej, lecz inscenizacją konstruowaną przez nas jedynie dla własnej satysfakcji?

Kontynuując retorykę militarną, projekt Szkół Tradycji składa się z czterech głównych, współzależnych grup działań: operacja „PORSCHE”, operacja „AUTOSTRADA”, operacja „OKO” oraz operacja „HORYZONT”. Struktura powyższych działań w stosunku do zamierzonych i zakładanych życzeniowo punktów dojścia jest następująca:

Planowane punkty docelowe podejmowanych działań (tzn. zarówno cele, jakie „misja” ma osiągnąć, jak i korzyści, które przyjezdni chcą dla siebie wyciągnąć z wyprawy) ustalane są indywidualnie w każdej ze szkół, po uprzednim zmierzeniu się z serią wspomnianych wyżej pytań fundamentalnych. Tym niemniej, z grubsza rzecz ujmując, ogólny kierunek przedsięwzięcia jest następujący.
Profity, jakie mają szansę wyciągnąć dla siebie adepci Szkół Tradycji, to przede wszystkim:
– liczne, nieuchwytne, nieprzewidywalne, trudno definiowalne doświadczenia (zarówno te muzyczne, jak i pozamuzyczne), możliwość obcowania, świętowania ze społecznością miejscową, innymi słowy – przygoda;
– zdobycie kompetencji muzycznych;
– doświadczenie „przejażdżki autostradą” oraz pozyskanie takich kompetencji muzycznych i pozamuzycznych, które nie są możliwe do zdobycia poza żywym zgromadzeniem;
– zdobycie rozeznania i doświadczenia w dziedzinie określanej przez nas mianem „peryferii muzyki” oraz pozyskanie tych kompetencji muzycznych, które bez obeznania w sferze „peryferii muzyki” są również niemożliwe do zdobycia.

Jeśli chodzi o punkt, w którym docelowo, w wyniku działań Szkół Tradycji, miałaby znaleźć się społeczność miejscowa, to nakreślony poniżej projekt jest wizją w pewnym stopniu utopijną.
Takie nakreślenie idealnego, pożądanego stanu, w którym pozostawiamy społeczność lokalną, jest narzędziem metodologicznym i ma jedynie na celu wyznaczenie kierunku i stylu podejmowanych działań.
– stworzenie ekosystemu, niszy kulturowej, w której możliwe stanie się praktykowanie różnorodnych form życia zbiorowego (zarówno zgromadzeń „świętujących”, jak i zgromadzeń typu „slow life”), które z jednej strony wykorzystują dawne tradycyjne mechanizmy, a z drugiej strony stanowią odpowiedź na żywe i realne potrzeby, jakie stawia przed społecznością współczesność;
– muzyce przywrócone zostaje dawne miejsce w życiu zbiorowości i w strukturze mechanizmu odpowiedzialnego za organizowanie życia zbiorowego;
– dążenie do takiej sytuacji, w której docelowo nie będzie konieczne stymulowanie tej społeczności z zewnątrz (przez szkoły tradycji). Społeczność angażuje się w działania, przejmuje inicjatywę, bierze odpowiedzialność za własne działania. Docelowo – wycofanie udziału szkół tradycji w konstruowaniu zgromadzeń. Zostają „odnalezione” takie osie świętowania i motywacje do praktykowania zgromadzeń, w których celebrowanie istotności miejscowych tradycji i „lokalnego ego” nie będzie motywem dominującym świętowania i zostaje ograniczone do minimum.

Operacja  „Oko”

„Operacja Oko” to cztery rodzaje aktywności: „Oko Obcego”, „Oko Detektywa”, „Rybie Oko” i Operacja „Zwierciadło”. Takie wielofunkcyjne „oko” jest podstawowym narzędziem na wstępnym etapie działań szkół tradycji. Z jednej strony „wypożyczamy” własne oko miejscowym, po to by mogli spojrzeć na siebie i własną spuściznę z perspektywy przyjezdnego, z drugiej strony posługujemy się „okiem”, podejmując szereg działań zwiadowczo-rozpoznawczych, które umożliwią rozeznanie się w sytuacji i usprawnią podejmowanie działań.

Operacja „Oko Obcego” i jej efektywność opiera się na mechanizmie „wypalonego małżeństwa”. Związek społeczności miejscowej z jej „drugą połową” – tradycjami lokalnymi (w tym z kulturą muzyczną) – znajduje się w sytuacji głębokiego kryzysu. Społeczność pogardza, lekceważy, ignoruje, a niekiedy wręcz wstydzi się własnych tradycji muzycznych. W wariancie mniej tragicznym, lecz równie beznadziejnym, tradycja jest „doceniana” jedynie w wersji z grubym makijażem, podczas festynów i przeglądów kapel ludowych. Pojawienie się „amanta” z zewnątrz, z adorującym, pełnym zaciekawienia spojrzeniem, doceniającym piękno „drugiej połowy” w postaci nieupudrowanej, sprawia, że społeczność próbuje przyjrzeć się własnej tradycji „okiem przyjezdnego”. „Oko obcego” staje się dla miejscowych lustrem, w którym mają szansę przejrzeć się „od nowa”. Efektem tej operacji jest wstępne wygenerowanie zainteresowania własną tradycją, wytrącenie ze stanu obojętności i lekceważenia własnych praktyk muzycznych.

Oko Detektywa”: nie ma żadnej gotowej, uporządkowanej wiedzy, którą moglibyśmy przyswoić i wykorzystać do naszych działań. Nie istnieje żaden guru czy mistrz, który tą wiedzę mógłby przynieść nam na tacy. Nie ma go ani na wsi, ani w mieście. Tzw. „kultura tradycyjna”, którą pamiętają najstarsi żyjący mieszkańcy wsi, to kultura, która już wówczas znajdowała się w fazie rozpadu, czyli „dziesiąta woda po kisielu”. Mamy więc do czynienia ze strzępkami i fragmentami dawnego świata. Wobec tego skorupki rozbitego naczynia poskładać musimy sami. Wiedzę trzeba wytropić, wyszarpać, wygrzebać. Co więcej, wiedza o dawnych mechanizmach funkcjonowania zgromadzeń muzycznych sama w sobie jest również mało przydatna. Trzeba jeszcze umieć zaaplikować ją do współczesnych realiów. Badania terenowe podejmowane w początkowych etapach przedsięwzięcia zmierzają do zdobycia informacji z zakresu lokalnej mitologii (w tym tzw. „mitologii muzykanckiej”), miejscowego kalendarza, topografii znaczących miejsc, obecnych i dawnych sytuacji świętowania, sposobów, w jaki kiedyś odbywały się zgromadzenia muzyczne, dawnych mechanizmów funkcjonowania zgromadzeń decydujących o skuteczności pewnych praktyk, ludowych narzędzi organizowania i centralizacji uwagi podczas spotkań (chociażby sposób ustawienia stołów na zabawie; toasty; zakazy magiczne zabraniające na przykład zgromadzonym wstawać od stołu; picie z jednego kieliszka; sama kolejność następujących po sobie pod-zdarzeń w trakcie zgromadzenia; organizacja przestrzeni centrum – kuluary itp., itd.) oraz szeregu innych szczegółowych zagadnień, które posłużyć mają do tego, by po pierwsze znaleźć punkt zaczepienia dla współczesnych zgromadzeń, po drugie, by skutecznie takie zgromadzenia przeprowadzić. Ponadto „oko detektywa” ma za zadanie rozeznać się w miejscowych realiach, zasięgnąć wiedzy z zakresu lokalnego savoir vivre, panujących stosunków społecznych, przychylnych sobie lub wrogich grup i frakcji, struktury władzy w wiosce itp., a więc pozyskać wszelkie informacje praktyczne umożliwiające sprawne poruszanie się po przestrzeni społecznej. Jednym z naczelnych celów działań rozpoznawczych jest zorientowanie się w realnych problemach i potrzebach społeczności miejscowej, po to, by później móc podjąć próbę skonstruowania wokół tych problemów własnych działań. Chodzi innymi słowy o to, by nie zmuszać za wszelką cenę miejscowych do śpiewania abstrakcyjnych dla nich pieśni kupalnych lub też organizowania tradycyjnych dożynek w sytuacji, gdy nikt na wsi nie uprawia już zboża.

„Rybie Oko” to operacja wymagająca od adeptów szkół tradycji oczu umiejscowionych „dookoła głowy” i percepcji „szerokokątnej” ogarniającej rozległe spektrum zjawisk na „peryferiach muzyki”. Rybie oko współpracuje z okiem detektywa, jednak obiektem jego zainteresowania są zjawiska, które łączą się z muzyką w sposób nieoczywisty. Mogą być to kwestie typu: „czy muzykanci się garbią?”, „Dlaczego dawniej każdy potrafił bębnić i basować, a dziś nie potrafi?”, „Czy pieśni pogrzebowe można śpiewać w czapce?”, „Dlaczego nie wpuszczano muzykantów do kościoła?”, „Czym różni się sposób emisji głosu w domu od śpiewania w kościele czy w lesie?” itp. „Peryferia muzyki” to sfera szeroko rozumianego kontekstu, w którym muzyka była praktykowana, a podpatrywanie tego typu zjawisk w przypadku muzyki tradycyjnej wydaje się o tyle uzasadnione i niezbędne, że w przeciwieństwie do muzyki w kulturze współczesnej, muzyka tradycyjna nie była nigdy traktowana jako odrębna sztuka, dziedzina oderwana od życia. „Obsługiwała” ona szereg sytuacji „praktycznych” i zrośnięta była z nimi tysiącem niewidzialnych nitek. Podpatrywane „peryferia muzyki” stanowią często furtkę do „tematów wagi ciężkiej”, chociażby takich, jak podzielność uwagi, wielopoziomowość percepcji muzyka i tancerza, czy tradycyjne techniki posługiwania się ciałem, nie tylko podczas muzykowania, itp.

Działania o nazwie „Operacja Zwierciadło” to oko adeptów Szkół Tradycji skierowane na samych siebie, a ściślej rzecz ujmując, na zadamawiające się bezwiednie w każdym z nas komunały w postaci: gotowych recept ratowania kultury ludowej i uszczęśliwiania mieszkańców wsi, pielęgnowanych nieprzytomnie stereotypowych obrazków kultury ludowej, dyżurnych i gotowych odpowiedzi na to, dlaczego kultura tradycyjna przedstawia sobą wartość („Słowacki wielkim poetą był”). A koniec końców jest to oko dokonujące rewizji motywów, które sprawiają, że chcemy się zajmować tym, czym się zajmujemy. Oko rewidujące jest więc okiem nieufnym, krytycznym i nieustannie podważającym i podającym w wątpliwość łatwe odpowiedzi. I nie chodzi o to, by serwować sobie nieustannie terapeutyczne sesje na psychoanalitycznej kozetce, rozsmakowywać się z masochistycznym zacięciem w tropieniu własnych „naiwnych motywacji”, ani o trening szyderstwa czy autoironii, ale o ciągłą konfrontację tych nieuniknionych, narzucających się szablonowych obrazków i rozwiązań z żywym doświadczeniem, własnymi obserwacjami, z mapą działania. Operacja Zwierciadło jest punktem kluczowym całego projektu. Brak przytomnego oka skazuje przedsięwzięcie na błąkanie się po „królestwie sentymentów” („praktyka lunatyka”), po którym równie dobrze można by się posnuć na fotelu w domu, nie nękając przy tym Bogu ducha winnych ludzi na wsi.

Operacja Porsche” to – zgodnie z przedstawioną na początku teksu wykładnią – działania zmierzające do podniesienia jakości własnych kompetencji muzycznych. Istotne jest przy tym powiązanie tego procesu z doświadczeniami zdobywanymi podczas zgromadzeń (operacja „Autostrada”) i rozeznaniem w dziedzinie „peryferia muzyki” (operacja „Rybie oko”), które to powiązanie wpływa w istotny sposób na jakość samej muzyki. Proces ten zakłada bezpośredni kontakt z muzykami. Oprócz oczywistych zalet takiego sposobu przekazywania umiejętności, bezpośredni kontakt ze społecznością miejscową sprawia, że zyskujemy możliwość obcowania z muzyką w formie niewydestylowanej i niewyidealizowanej, z muzyką, której „nic, co ludzkie nie jest obce”. Muzyką w pełnej krasie, branej z całym dobrodziejstwem inwentarza, uwikłaną w ciemniejsze strony bytu, wplątaną w realia z krwi i kości i weryfikowaną przez prozę życia.

Preferowany przez Szkoły Tradycji styl przyswajania muzyki jest w pewnym sensie zaprzeczeniem trybu warsztatowego (zjawiam się – czekam – wymagam) i zakłada aktywną, nie roszczeniową postawę adeptów. Podobnie jak w przypadku wiedzy zdobywanej podczas operacji „oko detektywa”, tajniki fachu muzykanckiego trzeba podpatrzeć, wytropić, wykraść, poskładać w całość.

Wychodzimy również z założenia, że przynajmniej w początkowej fazie przygody muzycznej warto skoncentrować się na jednej tradycji. Podejście „etnoturystyczne” polegające na ślizganiu się po ludowych hitach z całego kraju jest podejściem skądinąd całkowicie zrozumiałym i nie postrzegamy go w żadnym wypadku w kategoriach grzechu. Tym niemniej ze względu na cele, jakie sobie stawiamy, dokładamy starań, by zmierzyć się z lokalnym detalem i przyswoić możliwie dokładnie miejscowy idiom muzyczny.

Operacja „Autostrada”

Znaczącym punktem węzłowym na mapie działań, zarówno z punktu widzenia społeczności lokalnej, jak i szkół tradycji, są zgromadzenia członków lokalnej wspólnoty. Pod nazwą „zgromadzenie” kryje się szerokie spektrum rozmaitych form życia zbiorowego, począwszy od zgromadzeń typu „slow life” (kultywujących niespieszny tryb życia i spędzania czasu wolnego, takich jak wieczorne zgromadzenia na ławce przed płotem czy życie podsklepowe), zgromadzeń przy okazjach wspólnej pracy (darcie pierza, żniwa itp.), potańcówek (zarówno tych organizowanych bez superokazji, jak i tych stanowiących kulminację innych wydarzeń), aż po wesela czy święta religijne. Każde z nich posiada własną specyfikę i wymaga odrębnego podejścia. W kulturze tradycyjnej większości z tych sytuacji towarzyszyła muzyka, a jej rola znacznie wykraczała poza funkcję akompaniamentu do wydarzeń.

Obserwacjom i pracy na tym polu poświęcona jest „operacja autostrada”. Zgromadzenie jest dla muzyki tym, czym autostrada dla porsche, tzn. naturalnym środowiskiem dla jej praktykowania, a zarazem warunkiem koniecznym do tego, by określone jakości tej muzyki mogły zaistnieć.
O odmienności praktykowania muzyki w warunkach zgromadzenia decyduje fakt, że jest to „muzyka w relacji”. Obok różnorodnych i nieustannie zmieniających się interakcji pomiędzy uczestnikami spotkania dochodzi jeszcze skomplikowany związek praktyki muzycznej z tym, co społeczność w danym momencie celebruje, z obiektem świętowania. Muzyka uwikłana w te relacje brzmi inaczej i przestaje być wyłącznie samą muzyką. Uaktywniają się wówczas jakości, które są nie do podrobienia w warunkach poza zgromadzeniem. W pewnych sytuacjach pomiędzy uczestnikami spotkania nawiązują się specyficzne więzi lub pojawiają się warunki umożliwiające zawieszenie czy porzucenie pełnionych na co dzień ról społecznych – sytuacje takie charakteryzują się zawsze szczególną intensywnością przeżyć.

O „zgromadzeniach przez duże Z” mówimy, że są to sytuacje, w których ma się poczucie, że właśnie obok nas przebiega oś świata. Udział w nich jest jedną z takich okazji, kiedy na tradycję i możliwości, jakie drzemią w dawnych praktykach zbiorowych, można spojrzeć innym, świeżym okiem. Uczestnictwo w takim zgromadzeniu mówi też znacznie więcej o potrzebie praktykowania tradycyjnych form życia zbiorowego niż roczny cykl wykładów zachwalających piękno rodzimego folkloru i uzasadniających wartość tradycyjnej spuścizny. Dlatego też uważamy, że udane zgromadzenie jest jednym ze skuteczniejszych narzędzi, za pomocą których można przyciągnąć uwagę społeczności miejscowej do własnej tradycji. Siły rażenia tego narzędzia nie sposób porównać ze skutecznością pogadanki edukacyjno-popularyzatorskiej. O ile wspomniana wcześniej operacja „oko obcego” oddziałuje na „ego” społeczności lokalnej (jest wprawdzie w stanie wygenerować wstępne zaciekawienie własną tradycją, jednak na dłuższą metę jej skuteczność jest już wątpliwa), o tyle „operacja autostrada” zwieńczona zgromadzeniem „przez duże Z” stanowi „strzał w serce” społeczności.

Cóż można zdziałać na tym polu? Czy możliwe jest skonstruowanie, wyreżyserowanie zgromadzenia przez duże „Z”? Nasza hipoteza granicząca ze 100-procentową pewnością mówi, że Zgromadzenia przez duże „Z” nie da się wyreżyserować od początku do końca. Nie jest to na szczęście możliwe niejako z definicji. Co w takim razie można zrobić? Można starać się go nie popsuć, gdy zdarzenie to już ma miejsce. Można próbować stworzyć warunki sprzyjające takim sytuacjom. Można też wyposażyć się w narzędzia, przy pomocy których w odpowiednim czasie „dolejemy oliwy do ognia” (muzykant musi wiedzieć, kiedy trzeba podejść z instrumentami do stołu, przy którym ktoś zaczyna śpiewać, a kiedy tego robić nie można, kiedy toast czy przemowa przyniesie pożądany efekt, a kiedy może wprawić zebranych w zdumienie, po którym impreza już się nie podniesie).

Praca nad konstruowaniem zgromadzeń to wieloetapowy proces poprzedzony działaniami, które zgromadzenia te mają uczynić możliwymi, przygotować sprzyjający grunt i zbudować zaufanie społeczności. Na „operacji oko” spoczywa ciężar rozeznania, wokół jakich żywotnych sfer życia społeczności należy je zbudować. Działania rozpoznawcze zmierzają też do odnalezienia punktów zaczepienia dla zgromadzeń.. Punktami zaczepienia mogą być istniejące i praktykowane przez społeczność sytuacje zgromadzeniowe, w które Szkoły Tradycji starają się wpisać i włączyć. Mogą być to także twórczo zaadaptowane elementy miejscowej mitologii, lokalnych opowieści, dawnych, zarzuconych praktyk i innych zjawisk odwołujących się do pamięci zbiorowej. Przygotowując się do zgromadzenia, przyglądamy się uważnie tradycyjnym narzędziom i mechanizmom organizowania tego typu przedsięwzięć oraz poszukujemy adekwatnych zamienników, które mają szansę sprawdzić się w zetknięciu z realiami współczesności.

Operacja „Horyzont”

Wydaje się, że adorujące „oko obcego”, a nawet okazjonalne, drogocenne „przejażdżki autostradą” to zbyt mało, by na stałe wzbudzić w społeczności miejscowej zainteresowanie rodzimymi praktykami, wytworzyć trwałe motywacje do ich kontynuowania, innymi słowy, by odtworzyć „ekosystem”, w którym muzyce przywrócona zostanie jej dawna rola w organizowaniu życia zbiorowego. Aby taka przemiana mogła nastąpić, przed społecznością miejscową „na lokalnym horyzoncie” wyłonić musi się pewna wizja i perspektywa, do której będzie chciała z własnej nieprzymuszonej woli zmierzać. Wspomagając mieszkańców wsi w „operacji horyzont” i w budowaniu takiej perspektywy, Szkoły Tradycji zachować powinny daleko idącą ostrożność, pokorę i delikatność. Niezwykle łatwo jest w takiej sytuacji wpaść w rolę „mądrali z miasta”, który przyjechał obwieścić mieszkańcom wsi gotową receptę na ratowanie „kulturowego wymiaru ich egzystencji”. Żadna taka gotowa recepta nie istnieje. „Horyzont” musi zostać wypracowany i naszkicowany wspólnymi siłami. Niezwykle ważne jest tu, by unikać działań, które odbierają miejscowym inicjatywę. Wszelkie przedsięwzięcia powinny zakładać udział i zaangażowanie społeczności miejscowej. Im więcej społeczność zainwestuje czasu, pieniędzy i marzeń, tym trudniej będzie zarzucić jej rozpoczęte dzieło. Szkoły tradycji w swych działaniach powinny stopniowo zmierzać do wycofywania się z aktywnego organizowania lokalnych przedsięwzięć, przerzucając inicjatywę i odpowiedzialność na miejscowych.

Przedstawiona mapa jest narzędziem, które pomaga uporządkować podejmowane działania.
Nie przedstawia jednak większej wartości, a w zasadzie jest całkowicie bezużyteczna dla osób, dla których pojawiające się w niej pytania nie są pytaniami palącymi.

…powrót do „Szkoły tradycji”

zmiana wielkości czcionki
Tryb kontrastowy

Pin It on Pinterest

Share This