Dolnośląska szkoła tradycji 

 Marta Derejczyk  

Dolnośląska szkoła tradycji działa w Ocicach pod Bolesławcem, gdzie po wojnie przybyli przede wszystkim mieszkańcy bośniackiej Gumjery. Są to polscy reemigranci, którzy osiedlali się w kolonizowanej przez Austro-Węgry Bośni od końca XIX wieku. Przyjeżdżali tam za chlebem z Galicji i Wołynia. W 1946 roku na mocy międzypaństwowych porozumień przyjechali na tereny z tzw. „Ziem Odzyskanych”, jak nazywano wówczas zachodnie kresy powojennej Polski … czytaj dalej  

Dlaczego akurat Ocice?

Kartki z kilku Dzienników Podróży

Spotkaliśmy się na Dolnym Śląsku. Połączyły nas muzyka oraz historie, które słyszeliśmy od ludzi przybyłych tu po wojnie z bardzo różnych stron. Tutaj wszyscy jesteśmy przybyszami, a każda tradycja musiała pokonać długą i trudną drogę. Pieśni spod Tarnopola śpiewa się dziś w poniemieckich domach, Łemków spotyka się na nizinach, z dalekiej emigracji przybyła muzyka dawnej Galicji. Często słyszymy pytania: dlaczego wybraliście akurat reemigrantów z Bośni? Czemu Ocice?

Może czas odpowiedzieć na to też sobie.

Marta:

Czerwiec, 2012 rok

Jadę do Ocic po raz pierwszy. Badania terenowe, umawiamy się na spotkanie z zespołem – telefon do pana Edwarda Braszki, wszystko gra, bardzo chętnie się spotkają, opowiedzą, zaśpiewają. Przyjeżdżamy z koleżanką do Ocic i tu okazuje się, że miejscowa świetlica nosi nazwę „Sala prób i ćwiczeń”. Niecodzienne.

Na rowerze przyjeżdża z kluczami siostra pana Edwarda – pani Kasia Jakiełło, wchodzimy do środka, a tam ściany po sufit zapełnione dyplomami, nagrodami, fotografiami. Prawdziwe miejsce pamięci. Pani Kasia mówi: Tak, sami wybudowaliśmy salkę, a ta tutaj „maryna” [basowa tamburica, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziałam – M.D.] to przywieziona z Jugosławii.

A później siada i w czasie, kiedy czekamy na pozostałych członków zespołu, zaczyna opowieść:

To jest prawdziwy zespół, to było prawdziwe powołanie nasze takie… Piękne lata my przeszli z tym, byliśmy dwa razy w Niemczech, byliśmy w Kazimierzu trzy razy – w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Była z nami nasza młodzież, no… nasze wnuki po prostu, ale tera wnuki wyrosły i dalej się oduczyły od nas, bo się pożeniły i… nie mają takiego… no nie ma czasu, jak jest dziecko i mąż, to nie ma czasu. A też było nas prawie tu trzynastu, ale mężczyzn było pięciu, to była najsilniejsza kapela ze wszystkich tych zespołów. Jak żeśmy jeździli na przeglądy do Cieplic – do Jeleniej Góry, to nie było silnych, jak mówiły tak: „Jak są Ocice, to my już tu nie mamy co robić”. Bo kapela tak grała… przegląd się odbywał w parku, w tym… w pomieszczeniu, a my wychodzili se na pole, to poszli wszyscy ludzie za nami na pole, bo tam słuchali w parku, co my robimy. No ale poumierały nam, Pan Bóg nam pozabiroł, pozabiroł tych grajków…

I wtedy było już dla mnie jasne, że jeszcze tutaj wrócę.

Gutek:

Sierpień, 2014 rok

Poznałam panią Ziołową. Znowu wracam zakochana z Ocic.

Remik:

Wrzesień, 2014 rok

Mieszkam na wsi u podnóża Gór Izerskich i do niedawna nie miałem bladego ani nawet zielonego pojęcia o kulturze tradycyjnej. Do momentu, aż przyjechały do nas dziewczyny z Wrocławia zajmujące się zawodowo etnomuzykologią i etnografią. Zapaliliśmy ognisko, papierosy, a one – kaganek oświaty. Zaczęliśmy rozmawiać, uczyć się śpiewać, a każda pieśń ma jakąś historię – budzi ciekawość. Pogórze, gdzie żyję, wydawało mi się tak mało atrakcyjne pod względem kultury tradycyjnej: ludzie tu mieszkający nie są tutejsi, korzenie zostawiliśmy daleko. O dawnych zwyczajach częściej się mówi niż je praktykuje. Podobnie jest z muzyką. Okazało się jednak, że w naszym regionie są oazy żywej tradycji – trzeba tylko umieć szukać. To ludzie, często starzy, schorowani. Ale bywa, że wyraźni, twardzi, uśmiechnięci i śmiało patrzący w oczy. Warto się z nimi spotykać, wypić kieliszek, dwa, zatańczyć, zaśpiewać. Bo bezpośredni przekaz jest cenny, wyjątkowy. Bo można im dać coś od siebie, choćby zainteresowanie. Wymieniamy się energią, odżywamy. Dziękuję im za to i dziękuję tym, którzy to ze mną robią. Chwała nieznanym bohaterom kultury tradycyjnej!

Ania:

Kiedy po raz pierwszy jasno i wyraźnie uświadomiłam sobie, że mamy zacząć pracować w Ocicach z dziećmi i młodzieżą, zobaczyłam, że nie potrafię pomyśleć o Ocicach jako o całości. Oczywiście szybko okazało się, że wcale nie muszę i że mogę nadal dryfować od Ottendorfu do Gumjery, od pieśni do primu i z powrotem. Stając jednak przed wyzwaniem wejścia w sytuację spotkania z grupą nieznanych mi dzieci, postanowiłam zdyscyplinować swoje myślenie, skupić się na czasie teraźniejszym i poznać perspektywę młodych Ociczan. Cóż, wieś jest wszystkim tym, czym miasto nie jest. Czy w Ocicach jest coś ciekawego? Nie! – odpowiadają dzieci.

A gdzie indziej, na przykład we wsi obok, jest coś ciekawego? Tak!

Okazało się, że nie do końca. Dzieciaki same zaprowadziły nas tam, gdzie kryją się różne „interesujące” rzeczy. W tym wyborze byliśmy wyjątkowo zgodni, my dorzuciliśmy ze swojej strony muzykę i opowieść żywego człowieka. Co ciekawe, Gumjera nie jest niczym nieznanym, dla dzieci funkcjonuje na dwóch poziomach – historii swojej rodziny i historii zbieranej przez lokalnego pasjonata, historyka-amatora. Ottendorf nie funkcjonuje prawie wcale, ale dzieci intuicyjnie wyczuwają, dlaczego należy zadbać też o to, co pozostawili dawni mieszkańcy wsi.

Ocice to przede wszystkim „tu i teraz”. Dla dzieci i stary pałac jest interesujący, bo mieszka w nim pani z Filipin, ale stary ewangelicki kościół nie jest ciekawy, bo to opuszczona ruina. Dzieci okazały się bezbłędne w oddzielaniu tego, co żywe – codzienne, od tego, co oficjalne – historyczne.

Dobrze, że w Ocicach jest jeszcze tak dużo żywej muzyki tradycyjnej. Nie było to trudne, żeby zarazić kogoś bakcylem. Przy kolejnym spotkaniu spacerowaliśmy po wsi i śpiewaliśmy na cały głos krwawą balladę, a dzieciaki opowiadały mi o historii swojej rodziny.

Czy ja poznałam nowe lokalne tajemnice? Oczywiście, ale o nich nie napiszę, bo tajemnica to tajemnica.

Josz:

Październik, 2014 rok

Zespół z Dolnego Śląska: akordeon, najlepiej dwa, certyfikowany strój dolnośląski, pieśni ludowo-biesiadne, popularne, coś nowego z internetu, granie „pod Niemca”, czyli na wesoło, na cztery…

Tego najczęściej się tu obawiałam.

Ocice. Zespół złożony z reemigrantów, jest akordeon, stroje „ichnie”, przywiezione, instrumenty inne – berda, bugarija – przywiezione, pieśni inne – polskie z wielogłosem bałkańskim albo po serbsku.

Znów obawa, że zawieszę się na tej „inności”, egzotyce.

Bywając tu, zobaczyłam, że młodzież zupełnie inaczej to widzi – mają dość tej egzotyki na co dzień, festy bałkańskie, książki, strony internetowe, choć z drugiej strony nie za wiele o Gumjerze wiedzą.

Dla młodego pokolenia to muzyka na żywo jest bardziej egzotyczna. Nie znają żadnego „kodu” potańcówki, chociaż część umie zatańczyć kolo. Ale czy to wciąż nie jest dla nich skansen?

Chociaż radość z tańca i śpiewania krwawej ballady widać niezmierną. I chęć na więcej.

Odczuwam dotkliwy brak naturalnych momentów przekazu pieśni. Uderzyła mnie też zachłanność na muzykę w ogóle. Większość dzieci nie wiedziała, co to jest hip-hop! Po grze terenowej, na ognisku, płynnie przechodziły od miotlarza do rapu ocickiego nasze Ocice mają niezłe tajemnice, domagały się beatboxu. Co… w sumie jest cudowne.

Każde spotkanie muzyczne na żywo jest przecież wyjątkowe, żywe, energia „leci” kosmiczna…

Nie trzeba tu specjalnej archaiki, wystarczy „gębofon”.

Luźna notka o języku – moim „koniku”:

Zauważyłam, że reemigranci przywieźli dużo pieśni do tańca „stamtąd”, które lubią i z chęcią tańczą do tego kolo. Teksty polskie układane pod te melodie brzmią kanciasto, wymuszenie.

Królik:

Dziś po złożeniu wystawy Gutka (1), po odwiezieniu ramy na Ruską (2), w lekkim pofinisażowym rozproszeniu świadomości, nie mogąc znaleźć miejsca z lodami, stwierdziłyśmy z Gutkiem, że pojedziemy na lody do…..Ocic! Po drodze na stacji benzynowej Gutek wymyła głowę pianką i wytarła w moją koszulkę, nie wyciągnęła szlaucha od dystrybutora i wszędzie węszyła za frytkami. Ot, nowy rozdział po finiszu. A chcąc zatankować, zaparkowała pod sklepem!

Dotarłyśmy do Ocic jakoś po godzinie 15.00, ja – jak stałam – z paczką prania od mamy i kombinerkami, Gutek ze zdjęciami na tyle samochodu, popijając cudlandrynowe Sparingi. Przywitane uśmiechem Oskara (3), poszłyśmy wprost do Filifionki (4). Okazało sie, że pojechała do Niemiec, ale wróci przed weekendem. No to uderzamy do Pani Kasi Z. (5). Po drodze uściski z dziećmi i serdeczne rozmowy z rodzicami, zaproszenia na ognisko i w ogóle – wspaniale! (6).

Pani Katarzyna jak zwykle obdarowała nas wspaniałymi opowieściami i pieśniami. Żarna jak najbardziej można przy niej postawić, cieszy ją to wielce. I spacerek do altany (7), sprawdzić alternatywne miejsce na ognisko (nie; tam to możemy znicz postawić w ramach wypominek, miejsce duchów, a raczej dusz ewidentne). Po profesjonalnej pomocy logistycznej od Any Kovač (8) wylądowałyśmy z Gutkiem w Bolcu (9), skąd wlazłam w blabla (10). Kierowcą była niebywale energiczna dziewczyna z Nowogrodźca, która śpiewa na weselach, prowadzi oczepiny, uwielbia muzykę bałkańską i zna fajną skrzypaczkę ze swojego miasta, która teraz mieszka we Wrocławiu. Kontakt niewykasowany w komórkach…

I jak tu nie kochać tego życia!

  1. Gutek – Agnieszka Gutek Zegier, druhna w dolnośląskiej grupie operacyjnej, artystka sztuk wizualnych, miała wystawę swoich zdjęć „Czułość” we Wrocławiu.
  2. Ruska – ulica we Wrocławiu, na której znajduje się zaprzyjaźniona galeria Art-Brut.
  3. Oskar – sześcioletni mieszkaniec Ocic, który będzie miał kiedyś konie, ale na razie rodzice zgodzili się na dwa owczarki niemieckie.
  4. Filifionka – slangowe określenie Filipinki, pani z Filipin mieszkającej w Pałacu w Ocicach. Jako ciekawostkę należy dodać, że jej mąż poznaniak nazywany jest przez miejscowych „Filipinem”.
  5. Pani Katarzyna Ziołowa, siostra słynnych Burniaków z bolesławieckiego. Kopalnia wiedzy, pieśni, opowieści…
  6. Rzecz dzieje się po dwóch weekendowych warsztatach z dziećmi pt.: „Ocice i tajemnice”, przed „Grą Terenową”.
  7. Altana – miejsce spotkań, przede wszystkim męskiej części mieszkańców Ocic, na terenie byłego cmentarza niemieckiego.
  8. Ana Kovač – chorwackie alter ego Marty Derejczyk, druhna w dolnośląskiej grupie operacyjnej, biegła znawczyni terenu.
  9. Bolec – slangowo Bolesławiec.
  10. Blablacar.pl – strona internetowa oferująca wspólne przejazdy.

Pin It on Pinterest

Share This