Muzyka młodych. 

 Z wędrówek po Powiślu i Radomszczyźnie  

 Mateusz Niwiński  

W poszukiwaniu starego

 

Kiedy odwiedzaliśmy Stefana Nowaczka, znakomitego skrzypka i akordeonistę spod Maciejowic Kościuszkowskich na Powiślu, zawsze prosiliśmy, by grał nam na skrzypcach. Zafascynowani słuchaliśmy kunsztownej gry, „okrągłego” sposobu ogrywania jego mazurków, charakterystycznych „nowaczkowych” dwudźwięków i zawyżeń. Cały ten repertuar, skrzypcowe powiślaki zasłyszane w latach 40. przez Stefana od legendarnych skrzypków: Getki, Poborzego, Chołki i innych muzykantów spod Maciejowic, mających z pewnością w dacie narodzin rok 1800, podobały nam się najbardziej. Stefan dobrze pamiętał z dzieciństwa tę muzykę graną na skrzypce, bas i bęben, w ciasnych mieszkankach Tarnowa, Samogoszczy, Podłęża i Domaszewa, przy blasku lamp naftowych.

Zawsze podczas tych wizyt Stefan sięgał w końcu po swój akordeon. Otwierał się wówczas przed nami niespodziewanie ogromny pejzaż muzyczny, który nijak nie pasował do tej prowincjonalnej, nadrzecznej okolicy. Wszystkie te walczyki, fokstroty, ślofoksy, rumby, którymi Stefan sypał jak z rękawa, należały do przebojów jego młodości. Dalekie echa warszawskich salonów, wyłapywane z radia i płyt. Przekonaliśmy się wtedy, jak różne są nasze wyobrażenia o tym, co stare i co ładne. Początkowo nie mogliśmy się z tym pogodzić. Z czasem ten zlepek starego z nowym nauczyliśmy się doceniać, rozumiejąc, że to przenikanie światów tworzy ciekawy, wyjątkowy kontekst tej tradycji.

Wędrując do muzykantów, śpiewaków, tancerzy, „ludzi ze starego świata”, trudno się oprzeć wrażeniu, że jest to dotknięcie czegoś odległego, mającego początek daleko przed nami. Tak jest i nie jest zarazem. W poszukiwaniu starego, czasem podświadomie próbujemy zwiększać dzielący nas dystans, obudowując ten świat mitem archaiczności, a przecież może on być bliżej nas, bardziej niż nam się wydaje.

Pamiętam, że jednym z pierwszych moich olśnień było zrozumienie faktu, że muzyka tradycyjna grana przez dziadków była w gruncie rzeczy muzyką młodych, jeśli nie – młodzieżową. Pomimo upływu czasu przechowali oni w sobie i w swoich nutach coś bardzo świeżego, coś, co może stanowić czytelny przekaz dla współczesnych. Zasadniczo „ustawiło” to mój pogląd na to, czym jest stare i co jest naprawdę istotne w szperaniu w tradycji.

Stefan Nowaczek

Stefan Nowaczek. Fot. Biotr Baczewski

Stefan Nowaczek

Wszystko ma swój czas

 

Za szybko!, powiedział kiedyś Stefan Nowaczek, gdy zagrałem mu jego własnego powiślaka w naturalnym, według mnie umiarkowanym tempie tanecznym 75 taktów na minutę. Za szybko go grasz, nikt by nie wyrobił w tańcu. To przez to, że w Radomskie jeździsz, one tam grają za szybko – mówi. Nie polemizowałem, przecież mistrz ma zawsze rację, nawet jak jej nie ma. Jednak sprawa nie dawała mi spokoju. Po powrocie z Powiśla odszukałem nagrania Kapeli z Maciejowic z roku 1995, sprzed prawie dwudziestu lat, ze studenckiego klubu Remont. Co to była za świetna muzyka! Kapela w składzie skrzypce, bas, bęben gra kilka znakomitych wiązanek mazurków w zawrotnym tempie 78 taktów na minutę. Słychać, że tłum szaleje. Zrozumiałem wtedy, że Stefan ma rację i miał ją dwadzieścia lat temu.

Muzyka jest nierozerwalnie związana z życiem i jego rytmem. Wewnętrzny puls i ładunek energetyczny zmienia się wraz z tym, jak my się zmieniamy z biegiem czasu i zawsze będzie on najwłaściwszy, uzasadniony dla danej chwili.

Inne będzie granie początkującego młodziaka, inne czynnego muzyka w kwiecie wieku, jeszcze inne doświadczonego siedemdziesięciolatka, który niejedno widział. Jak grali na początku bracia Gace, Kędzierscy, Latos, Stępniak, Bujak i wielu innych wybitnych muzyków wiejskich? Szkoda, że nikt ich wtedy nie nagrał.

A więc kawalerka. Kawalerka w kulturze tradycyjnej jest to czas w życiu tuż przed pełną dorosłością, okres burzy i naporu, gdy wszystko się może zdarzyć, najwłaściwszy moment na zabawę, taniec i granie, bo później nie zawsze można i wypada. Chłopaki idą w kawalerkę – mawiało się na wsi, określając w ten sposób intensywną działalność nieżonatych młodzieńców, spragnionych wrażeń i towarzystwa. Wizyty u panien, wypady na zabawy do innych wsi, międzywioskowe wojny, długie wieczory spędzone w kompanii kolegów „na wsi” wypełniały czas kawalerki. Obowiązywała wówczas taryfa ulgowa, społeczność – uznając za niereformowalny porywczy temperament kawalerki – na wiele jej wybryków zazwyczaj przymykała oko.

W okresie tym nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki. Muzyka, tak jak i teraz, a dawniej może jeszcze bardziej, była szalenie istotnym elementem kultury młodzieżowej, spajającym wspólnotowe więzi, budującym lokalną tożsamość. Kawalerka organizowała życie towarzyskie wsi, wyprawiała „muzyki” po domach, w Radomskim wiodła prym w kusakowych włóczęgach, na Powiślu natomiast chodziła po dyngusie. Tolerowano jej obecność na weselu, gdy pojawiała się niespodziewanie w roli różnie nazywanych (w zależności od regionu): Opasów, Pitasów lub Gości Wieczorowych. Grano im wówczas specjalny garnitur taneczny i podejmowano napitkiem i jadłem.

Historia Jana Bogusza, legendy kajockiej muzyki, idola całego grona dziś już przeszło osiemdziesięcioletnich skrzypków, to tak naprawdę opowieść o burzliwej przygodzie młodości. Kiedyś zapytaliśmy jednego z nich – Piotra Gacę – o Bogusza. Opowiedział nam romantyczną przygodę kawalerskiej wędrówki z Boguszem po kajockich wsiach, od zabawy do zabawy, od wesela do wesela, od panny do panny… Opowieść ta przypominała kino drogi, była tu miłość, ryzyko, chęć poznawania świata, potrzeba doświadczania i fascynacja muzyką. Czy nie jest to historia naszego pokolenia, opowiedziana innymi słowami?

Skrzypek Stanisław Sadowski z kolegami lata 30-te XX wieku, Podłęż, Powiśle Maciejowickie.

Kawalerka rowerowa, lata 30-XX wieku, Wróble, Powiśle Maciejowickie.

Wiecznie młodzi  

 

Mam podejrzenie, że muzyka tradycyjna z racji swej pierwotnie użytkowej funkcji ma tę wyjątkową cechę bycia ponad czasem. To znaczy, że jej istnienie od czasu nie zależy w takim stopniu, jak wszystko inne. Istnienie to można by wpisać – bardziej niż w oś czasu wyznaczającą początek i koniec – w okrągły cykl tworzenia i zanikania, spotkań i rozstań, brzmienia i ciszy – zjawisk tak charakterystycznych dla kultury tradycyjnej. Prawdopodobnie są to cechy muzyki w ogóle, jednak szczególnie ten jej rodzaj nie traci nic ze swojej aktualności i intensywności, towarzysząc spotkaniom ludzi, generując wciąż niezmienne emocje i spontaniczne reakcje. Podobno ma ona też właściwości odmładzające. Lubię obserwować wiejskich muzykantów podczas różnorakich zgromadzeń muzycznych, gdy widać, jak fantastyczny wpływ ma na nich i na otoczenie ich własna muzyka, wyzwalając od wszelkich spraw mało istotnych.

Z zagadnieniem wolności wiąże się nierozerwalnie wątek żon muzykantów, który koniecznie trzeba tu poruszyć. Ktoś wtajemniczony powiedział kiedyś, że muzyka to rzecz kawalerska i w tym kontekście formuła ta nabiera wyjątkowo dramatycznego znaczenia. Bo czy można wyobrazić sobie rezygnację z muzyki dla żony, wyrzeczenie się tej największej pasji dającej napęd do życia? Sprawa jest poważna, gdyż przed takim oto dylematem stawały liczne pokolenia muzykantów. Zazwyczaj każda odpowiedzialna kobieta, żona, doskonale wiedziała, co niesie ze sobą profesja muzykancka. Żony na różne sposoby próbowały ograniczać szkodliwą działalność mężów. Różnie muzykanci radzili sobie z tą opresją. Jedni w końcu bezwarunkowo rezygnowali z gry, wyprzedawali instrumentarium, zabierali się za „uczciwą” pracę, wymazując ten niechlubny etap z pamięci. Inni, pomimo że nie rezygnowali z muzyki, przeżywali nieustanny wewnętrzny rozłam, tocząc niekończący się bój z wybranką życia o zachowanie odrobiny muzykanckiej wolności. Jeszcze inni, będący chyba w większości, stosowali przebiegłe fortele, sprytne uniki, mające na celu uśpienie czujności swoich żon, i skrycie kontynuowali kawalerskie przyzwyczajenia, nierozerwalnie z muzyką związane.  

Zawsze w takich chwilach wspominam żonę Stefana Nowaczka, przemiłą kobietę, która należy do tych wymagających. Jak najbardziej uzasadniony, nerwowy stosunek do muzykanckich zwyczajów Stefana dawał się odczuć przy każdej naszej wizycie, mimo że próbowaliśmy kierować rozmowy na inne tory. Bez skutku. A wszystkiemu winne są poniedziałki w Maciejowicach. Trzeba wiedzieć, że jest to najważniejszy dzień tygodnia w tej miejscowości, nie licząc oczywiście niedzieli. Tego dnia odbywa się tam cotygodniowy targ. Od wczesnego świtu rynek miasteczka zastawiony jest szczelnie ciężarówkami i straganami, zewsząd licznie nadciągają mieszkańcy okolicznych wiosek. Targ, jak wiadomo, nie jest tylko sytuacją handlową, ale dla wielu przede wszystkim sytuacją towarzyską. Wiedzą o tym doskonale maciejowiccy muzykanci, którzy od co najmniej pięćdziesięciu lat praktykują tradycję poniedziałkowych spotkań.

Wie o tym też Stefan Nowaczek, który co poniedziałek wyrusza o 6.15 z rodzinnego Podłęża do Maciejowic autobusem relacji Warszawa – Puławy, żeby załatwić „sprawy” w mieście. O wszystkim wiedzą także żony muzykantów, jednak argument miejskich sprawunków jest nie do podważenia. Te niezapomniane spotkania odbywały się u Władysława Zarzyckiego, skrzypka i zegarmistrza – amatora, w jego (mieszczącym się w bramie, tuż przy rynku maciejowickim) mieszkaniu będącym zarazem warsztatem, składem starych zegarów i różnej starzyzny. Poza Stefanem Nowaczkiem co poniedziałek zjawiał się skrzypek Antoni Cichecki z bratem Marianem, harmonista Marian Wiącek, bywał świetny śpiewak i bębnista Jan Cytryniak z Kochowa, harmonista Stanisław Pawelec i wiele innych wybitnych postaci. Jednym słowem – doborowe towarzystwo. Była wódeczka, słynne smażone rybki Stefana z wieczornego połowu, były opowieści owiane tumanem dymu papierosowego, a czasem była i muzyka. Jak za dobrych kawalerskich czasów! Uczestnicząc w kilku z tych pamiętnych spotkań, zrozumiałem, czym jest niezłomny duch muzykanckiej kawalerki!

O braniu i dawaniu

 

Tak naprawdę zaczęło się od muzyki. Pojechaliśmy na wieś po muzykę, którą znaliśmy tylko z płyt. Kierowała nami ciekawość, próba dotarcia do źródła, z którego muzyka się wydobywa. Poznaliśmy ludzi, którzy ją grają i którzy ją rozumieją. Szybko okazało się też, że kontekst, w jakim ona funkcjonuje, jest równie interesujący i ważny, zaczęliśmy więc go bardziej doceniać. Pewne było, że obcujemy z czymś tak całkowicie różnym od otaczającego nas świata współczesnego, że aby choć trochę się w to zanurzyć, trzeba z tym jak najwięcej obcować.

Sporo zrozumieliśmy od czasu pierwszych spotkań z muzykantami na wsi, ogląd wielu spraw zmienił się znacznie. Zaczęliśmy się uczyć języka tej kultury, opanowując go w stopniu podstawowym, udało się nam zorientować, choć trochę, w skomplikowanym kodzie lokalnej kultury, możliwe się stały bliskie spotkania, powstały zażyłe przyjaźnie.

Od początku tej drogi jedna rzecz nie uległa zmianie – wrażenie, jakie ta muzyka wywarła na nas. Do dziś pozostało niezmienne. Mazurki, których słuchaliśmy na Powiślu, ale może dużo bardziej te radomskie, mają w sobie ogromny potencjał energetyczny, przed którym stawaliśmy bezsilni, pomimo tego, że wywołują skrajne emocje. Niektóre z nich mają w sobie dużo światła, mocnego jak słońce, które oświetla pola w środku lata. Nie można powiedzieć, że są one wesołe, radosne, bardziej pozytywne, tak jak każda życiodajna energia, która wzmacnia i podtrzymuje wzrost, przybywanie, rozwój.

Wrażenie to mam za każdym razem, gdy słucham gry starych skrzypków: Jana Kmity, Jana i Piotra Gacy, Mariana Bujaka. Ich muzyka jest jak powrót do czasu początku, znanego tylko tym, którzy ją grają, do tych słonecznych dni, gdy byli młodzi. Może właśnie o tym myślą, grając?

W innych melodiach słychać przejmujący smutek, żałośliwą skargę na los, tęsknotę. Na pewno nie jest to „użalanie się” na sobą czy nuta sentymentalna. Nie, raczej szczera prawda o życiu, o jego lepszych i gorszych momentach. Ale we wszystkich tych nutach ukryta jest ta sama energia, niezmienna witalna siła, niepodlegająca czasowi.

Muzyka ta ponosi zarówno dziadków, jak i młodych. I jest to największy fenomen spotkania nowego ze starym, punkt styczny, płaszczyzna porozumienia. Młodzi i starzy, dwa momenty życia, umiejscowione na przeciwnych końcach osi czasu, pozornie całkowicie przeciwne, ale pod różnymi względami podobne. Pierwsi mają w sobie naturalną chęć poznania, drudzy ogromną potrzebę opowiadania.

Jeżdżąc nieustannie do muzykantów, zawsze dostawaliśmy od nich dużo więcej, niż mogliśmy unieść. Mam na myśli te wszystkie doświadczenia i wiedzę, umiejętności, a przede wszystkim często szczere uczucia, obok których trudno przejść obojętnie. Nasze zainteresowanie, wspólne muzykowanie, po prostu spotkanie – dla wielu z nich dużo znaczy. Swoją obecnością opowiadamy im o ich własnej muzyce i o nich samych.

Skrzypek Jan Gaca. Fot. Piotr Baczewski.

Jan Kmita. Fot Piotr Baczewski

Będąc w Radomskim, często odwiedzamy Jana Kmitę, świetnego skrzypka kajockiego. Kmita słynie ze swej pociągłej, przejmującej nuty i upodobania do mazurków, tak jakby nie grał nic innego przez całe życie. Siedzi niezmiennie na krześle przy oknie, pomiędzy łóżkiem a drzwiami w swoim małym mieszkaniu i całe dnie gra mazurki. Gra długo, spokojnie, wielokrotnie zapętlając drugą część każdego z nich, płynnie przechodząc do następnego. Z przyjemnością obserwuję jego zapamiętały wyraz twarzy. Granie całkowicie go pochłania.

Kmita zawsze nalega, aby grać z nim jego mazurki, razem, wszyscy naraz, kto by akurat nie był u niego. Gdy daje znak, kończymy. Spocony, ucieszony, krzyczy: Pięknie poszło. Chłopaki, ja z wami się czuję, jakby lat mi ujęli!!! Gdy musimy już wychodzić, rozgrywa się na dobre, nie chce wypuścić, przypomina sobie całe mnóstwo nowych melodii, chce nas nauczyć.

Nigdy nie myślałem o starych ludziach ze smutkiem. Każdy z nich pielęgnuje w sobie cząstkę swojej młodości. Kiedy grają, swoją muzyką opowiadają nam własne historie, które mogą się też stać i naszymi historiami. Trzeba tylko posłuchać.

Pin It on Pinterest

Share This