Dorzecze Prosny. Punkty zapalne / Mateusz Raszewski

Kaliska szkoła tradycji

Kaliskie.

Idę błotnistą koleiną, która zdaje się ciągnąć aż po pusty horyzont. Tylko dwie ogłowione wierzby. W dali majaczy dom ze stodołą, tam ma mieszkać ostatni basista weselny nad Prosną. Znam go ze zdjęcia zrobionego przez doktora Lisakowskiego jeszcze w 1959 roku. Stał jak banita w czapeczce przy płocie z basami, na płocie garnek. Przez myśl mi nie przeszło tego mglistego poranka, że to i inne podobne miejsca rozrzucone po sąsiednich wsiach będą ogniskami zapalnymi całkiem sporego ruchu. Kaliskiej Szkoły Tradycji i Fundacji Dorzecze Prosny. Tu będą Tabory, Wiejskie Kluby Tańca i wianuszek młodych uczniów wokół starych muzykantów.

Wschodnia Wielkopolska. Fot. Mateusz Raszewski
Wschodnia Wielkopolska. Fot. Mateusz Raszewski

Od początku.

Było to po wielkich wichurach, drzewa leżały na leśnej drodze po kilka na sobie. Kluczyłem w pokrzywach, żeby je wyminąć. Na motorek zabrałem chlebak, skrzypce, rejestrator. Jechałem skoro świt. Nie wiedziałem zbyt wiele o dolinie Prosny, ale błyskawicznie uderzyła mnie drewniana architektura, wszędzie zrębowe chaty, czasem strzecha, w XXI wieku, tak! Pierwszy szlak wyznaczały mi karty kaliskich instrumentów z szydłowieckiego muzeum, zupełnie niezwykłych instrumentów. Te basy to monolityczne rzeźby, powykrzywiane w jakimś straszliwym grymasie jak naiwne przydrożne figurki, tylko grające. Po cichu marzyłem napotkać budowniczych instrumentów, muzykantów nie śmiałem. Szadek, Urbanka, Godziesze, Krzemionka, Zadowice, Przystajnia. Ta z pozoru leniwa włóczęga skojarzyła mi się jednak z wyścigiem. Jeśli ktoś z tych ludzi, których chcę odnaleźć, jeszcze żyje, to gdzie? Pytam w sklepach. Nagle trafiam w niezrozumiały dla mnie sposób do najstarszego skrzypka wsi kaliskiej i zarazem całej Wielkopolski, Leona Lewandowskiego. Wracam w kierunku zachodzącego słońca z bólem głowy i uczuciem podobnym do gorączki. To spotkanie było momentem przełomowym.

Badania Terenowe, Kaliskie, Pieczyska. St.Maślak pokazuje XIX wieczne basy po dziadku 2015. Fot. Mateusz Raszewski
Badania Terenowe, Kaliskie, Pieczyska. St.Maślak pokazuje XIX wieczne basy po dziadku 2015. Fot. Mateusz Raszewski

Jeśli natrafiam na nieznanego w Polsce skrzypka takiej rangi jak Lewandowski, w sąsiedniej wsi odnajduję na strychu XIX-wieczne basy kaliskie i kapelę rodzinną, którą tworzy też skrzypek urodzony przed wojną, a jeszcze nieopodal samotnie pod lasem mieszka nigdy nie nagrana stuletnia śpiewaczka, to oznacza, że sprawa jest poważna. Potrzeba badań terenowych, których nikt nie zrobił, a ścieżki wydeptane w latach 50. przez Jarosława Lisakowskiego zdezaktualizowały się i trzeba szukać nowych, własnych. Pojawia się pomysł powołania fundacji Dorzecze Prosny i to jest strzał w dziesiątkę. To wiele ułatwi.

Lewandowski przed domem, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Lewandowski przed domem, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Edycja zdjęć: Mateusz Raszewski

Trafiam raz za razem do kolejnych ludzi, informatorów, muzykantów, śpiewaczek, dzieci dawnych budowniczych instrumentów. Okazuje się, że społeczność wiejska jest spragniona inicjatyw i jeszcze pamięta tę swoją muzykę, obyczajowość. Nie ma na co czekać, porywamy się na Wiejskie Kluby Tańca, to ma być test środowiskowy. Głucha jak kamień remiza otwiera bramy, strażacy są w żywiole, my, inicjatorzy, też. Wszystko łącznie za zero złotych, wspólnym wysiłkiem. Muzykanci i panie śpiewaczki wreszcie mają gdzie się pokazać, inni mają gdzie potańczyć, kawalerka załatwia interesy. Ciekawe. Odwiedzam śpiewające panie kilka tygodni później, zwierzają się, płaczą. Panie miły, jak śpiewamy tu u nas na przeglądzie ze sceny, to podejdzie grupka młodych i nas wyśmieje, a teraz pierwszy raz od dawna czułam, że mnie wszyscy słuchają. Tutaj ludzie mają dość tego folkloru i tych festynów. Co to jest, że w tej remizie było zupełnie inaczej? – patrzy w okno i duma – Jak dawniej…
Kaliską Szkołę Tradycji tworzą ludzie i przyjaźnie, nazywam ich filarami tej szkoły, oni przekazują młodym kompetencje muzyczne, oni oddają część siebie, bo przecież mogliby bronić i trzymać w ścisłej tajemnicy, tak jak było wcześniej, kiedy oberek był kapitałem muzykanta, toteż grał tak, żeby trudno było zapamiętać, nawet powtórzyć. Teraz stało się jasnym, że w swojej wsi nawet słynny muzykant raczej nie ma kogo tej sztuki nauczyć, nikt nie chce.

Tabor Kaliski 2019. Fot. Piotr Baczewski
Tabor Kaliski 2019. Fot. Piotr Baczewski
Edycja zdjęć: Mateusz Raszewski

Przyjaźnie – filary „szkoły”

Obudziłem się we fioletowym świetle, opromieniony diodami przeszklonej szafki. To skutek niedawnego remontu „na nowocześnie”. Lewandowski ma teraz wszystko nowe, syn przyjechał z Holandii, wymalował, urządził, umeblował, założyli piec gazowy. Trochę mi szkoda tej westfalki na szyszki i węgiel, przy której łapałem pierwsze Lewandowskie oberki. Ale to sentymenty, na wsi to wada. Leon teraz siedzi i struga raz przy razie boczek, największy przysmak. Pogwizduje owijaczka. Ma 94 lata. Będzie już pięć lat jak się przyjaźnimy i teraz, pod koniec życia, Leon zakosztował uznania, rozgłosu, filmów, koncertów na wielkich festiwalach. Zaczęły się wywiady w Polskim Radiu, warsztaty skrzypcowe w roli mistrza. Dziwił się, że tyle osób chce się od niego uczyć. Jeszcze dostał nagrodę im. Oskara Kolberga, a chwilę później jego płyta monograficzna najwyższą nagrodę Fonogramu Źródeł, zobaczył ogromną publiczność tańczącą do jego muzyki na Nocy Tańca Wszystkich Mazurków Świata. Słowem – zobaczył dobro za swój trud. I ta zażyłość, o której mówię, spowodowała, że zaczął do mnie dzwonić i wypatrywać przez okno czy nadjeżdżam, bo coś długo się nie widzieliśmy. Ale zaowocowała też ciekawymi nagraniami. Odkryłem dzięki niej coś unikalnego, co nazwałem „oknami pamięci”. Snop światła z przedwieczornego nieba – to chwile zupełnie niepowtarzalne – dziura w czasoprzestrzeni. I wtedy dokonywałem nagrań, najczęściej wysoce niedoskonałych, ale były one świadectwem chwilowego pomostu z najwcześniejszymi latami muzykanckiej młodości Leona. Lepiej lub gorzej nagrane, jedyne. Wszystko uchodziło natychmiast z pamięci, prędzej niż się pojawiło. Tak wyglądało odgruzowanie najstarszego repertuaru. Ale czasami ta przyjaźń polega na cichym współistnieniu, że sobie posiedzimy bez słowa, nawet nie wyjmując skrzypiec, bo taki jest nastrój. Natomiast następnego dnia prowokujemy się na skrzypcach; ja po to, żeby odsłonić zakamarki jego pamięci albo wyzwolić kolejne opowieści, On po to, żeby mnie poddać próbie, utrzeć nosa. Wchodzimy wtedy w dialog na dwoje skrzypiec unisono i troszkę się przekomarzamy. To doświadczenie postrzegam jako darowane naprawdę w ostatnim momencie.

Premiera monografii Lewandowskiego, Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa 2019. Fot. Gutek Zegier
Premiera monografii Lewandowskiego, Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa 2019. Fot. Gutek Zegier

Do Antczaków docieram wczesnym popołudniem, zabiegałem o te nagrania od długiego czasu. Józef ma już lata (ur. 1929 r.), nie był skory do nagrań w pierwotnym składzie, czyli z synem, tak jak grali dawniej, to zasługa nastrojów gminnych i zespołu folklorystycznego, w którym się oboje udzielają. Mam wielką sympatię do Józefa, to człowiek o ujmującej osobowości, przepięknie opowiada, jest w nim takt i subtelność rzadko spotykana. Wchodzę na podwórko, brama szeroko otwarta, a w taką bramę wjeżdża wesele, wóz z żytem czy metrami równo ułożonego opału, ale tym razem stał czarny pogrzebowy polonez kombi, pociemniało mi w oczach… Rok 2020, Tabor Kaliski, czerwonym strażackim Żukiem z muzyką zajeżdżamy pod dom Antczaków, zmierzcha. Skrzypka Józefa i jego żony już nie ma, odeszli jednego miesiąca w ubiegłym roku, straszna po nich pustka. Wychodzi zawsze serdeczny i wesoły Leszek, syn Józefa, ma w oczach łzy, gramy do późna. Cała banda taboru z instrumentami i Leszek z akordeonem jak król pośrodku. Zeszli się sąsiedzi, żona Leszka częstuje wszystkich wódką. Sypiemy owijaczki i polki po jego ojcu. Na rozstanie Leszek mocno przyciska mnie do serca, dobrze to zrozumiałem.

Leszek Antczak przed domem, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Leszek Antczak przed domem, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Edycja zdjęć: Mateusz Raszewski

Kiedy wychodzimy w sobotę na drogę z Józiem Tomczykiem i Zenkiem Lipińskim zatrzymywać wesele, kto by pomyślał, kolumna błyszczących samochodów pędzi na złamanie karku, ale zatrzymuje się, a po chwili zaczyna nawet cofać do muzykantów, drużba z elegancją i fasonem obchodzi samochód, otwiera bagażnik i podaje śpiewającej marsza żonie Józka flaszkę. Dzieje się to na pograniczu kalisko-sieradzkim. Wszystko filmuję. Już w domu syn Józefa, Andrzej, barabani z dogasającym petem wciśniętym między zęby, to tak zwana postawa imponująca, klasyka gatunku… Oj, muzyka do bitki. Prześcigamy się z Józiem, idzie ober za oberem, sypią się iskry i ostre przyśpiewki. Śpiewają też panie, pojawia się ze swoimi skrzypcami Julka, to już czwarte pokolenie w domu, prawnuczka. Zostaję, do nocy knujemy i planujemy nowe punkty na mapie Wiejskich Klubów Tańca. Trzeba przyznać, że nie znam drugiego takiego miejsca.

Józef Tomczyk i kapela Mateusza Raszewskiego, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Józef Tomczyk i kapela Mateusza Raszewskiego, Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Edycja zdjęć: Mateusz Raszewski

O „Filipce” – tak ją nazywają we wsi – słyszałem wszystko co najlepsze i w atmosferze wielkiego uznania. To weselna śpiewaczka. Mieszka pod lasem w przysiółku Wilcze Ługi. Nikomu nie otwiera, ma blisko sto lat. Skrzypiąca sosnowa chatka wygląda na zapraszającą i zamieszkaną, ale nie sposób się tam dostać. Używam więc fortelu. Odnajduję jej prawnuka we wsi i jedziemy, ma dla niej pocztę… Jest miła, nieustannie uśmiechnięta i jakby skrępowana. Kategorycznie odmawia, nie zaśpiewa. Regularnie odwiedzam ją i próbuję, nagranie jej postrzegam jako mój obowiązek. Mijają lata, Marianna Filipiak kończy setkę, jest schorowana, nie wstaje z łóżka. W zdobyciu zaufania pomaga mi jej prawnuczka Ela, mają do siebie słabość. Dochodzi do nagrań. Najstarsza osoba, z jaką kiedykolwiek rozmawiałem, opowiada mi piękną gwarą o świecie, którego nie znam, o chodzeniu 20 kilometrów boso do lekarza z dzieckiem, o metodach wypieku chleba, ale przede wszystkim śpiewa. Kilka miesięcy później umiera. Nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić.

Gracie nasze kawałki

Na jednym z podwórek muzykantów, które odwiedzamy w trakcie objazdowego taboru, słyszę zarzut: Gracie nasze kawałki. Mam mieszane uczucia, sformułowanie niby stare jak świat, ale jednak boli i jestem rozczarowany. W odpowiedzi dopytuję, kto właściwie gra te kawałki? Czy tych kilku starszych panów, których otaczamy zainteresowaniem i właśnie dlatego dajemy im „drugie” życie, czy może jeszcze jacyś młodzi? Wieś milczy, nie ma na niej muzyki, i to już od kilku dekad. Wskrzeszanie muzykanckiej obyczajowości wywołuje w tych małych społecznościach zdziwienie, podziw, poczucie docenienia. Słyszę te słowa, a jednocześnie mam w głowie aktualnie trwające trzy zadania w programach MKiDN i dwa Marszałkowskie, które realizujemy ku zachowaniu tej ginącej kultury. Mój rozmówca, który był weselnym muzykantem, teraz jest przepełniony goryczą. Już wcześniej, kiedy się widywaliśmy, głośno zastanawiał się nad fenomenem Zenka Martyniuka i innych popularnych na współczesnej wsi. Dla mnie jest oczywiście jasne, to porzucenie przez wieś tożsamości nie pasującej do zachodnich wzorców i pospieszne szukanie nowej, ale już nie mogącej pełnić tej samej społecznej funkcji, nie spajającej i nie będącej wspólną płaszczyzną komunikacji. Ola, koleżanka też związana z poznańskim Domem Tańca, nie wytrzymuje: To może jednak dobrze, skoro tutejsza młodzież nie chce tych oberków, że my je gramy i one żyją… Widzę konsternację, a nie chcę człowieka wprowadzać w zakłopotanie, nic tu po nas, jedziemy.

Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Tabor Kaliski 2020. Fot. Piotr Baczewski
Edycja zdjęć: Mateusz Raszewski

Objazd strażackim wozem, kilkadziesiąt spotkań i mini koncertów zaplanowanych każdego dnia Taboru Kaliskiego na cztery godziny, nie kończy się planowo o 17. Dużo później, po zmroku. Podwórka stoją otworem, ludzie – od gospodarzy po dzieciaki – czekają na nasz przejazd, zapraszają, stoły są zastawione smakołykami, nad nimi płótno namiotowe w razie deszczu. Wszyscy czytali o wydarzeniach nadchodzącego taboru w Wieści Gminnej, prawdziwej gazecie, którą zredagowaliśmy z Małgosią Bieńkowską i rozrzuciliśmy po sklepach. Gramy, tańczymy, panuje zbiorowa euforia. Wieś szaleje ze szczęścia, a my wymawiamy się kilkugodzinnym opóźnieniem i jedziemy dalej gasić ten „pożar”. Kiedy wracamy już zupełnie po ciemku, wszystkie wsie powracają do swojej codzienności, w każdym oknie blade światło telewizora.

„Nasze kawałki” i co dalej?

Żaneta, prezeska Ochotniczej Straży, mówi mi do ucha: Ty się o nic nie martw, ogarniemy wszystko, spokojnie. I faktycznie w oka mgnieniu na środku łąki przed remizą pojawiają się dwa sklepane z desek prysznice, to pierwsze łąkowe, wolnostojące prysznice, jakie widziałem w życiu. Pojawia sią piękny czerwony Żuk z ręczną syreną. Zjawiają się góry krokietów i ciast jak dla garnizonu wojska.
Sensem i celem tych działań jest oczywiście transmisja wiedzy, umiejętności. Racja, nie jest głupie podejście metodyczne do tych wszystkich operacji i kroków, które stawiamy. Łatwo jednak znaleźć się w punkcie, w którym ma się wrażenie zawracania kijem rzeki albo dyrygowania falom morskim. Możliwa jest przyjaźń z muzykantami, możliwa jest symbioza z ich społecznościami i wspólne wyznaczanie kierunku rejsu. Zdecydowanie nie jest możliwe odbudowanie od dołu do góry tego wszystkiego, co utracone, wprowadzenie tego na powrót jako intuicyjnej codzienności. Taki cel mógłby jedynie po degradacji pozostać w funkcji utrwalenia kierunku. Wydaje się, że kluczem jest akceptacja już zastanej rzeczywistości, ale z propozycją pewnej alternatywy. Bo niby dlaczego wiejskie dzieci bez dostępu do edukacji muzycznej mają być skazane na szlifowanie w którymś ognisku muzycznym kolejnego hitu Red Hot Chili Peppers na gitarze?

Tabor Kaliski 2020 – Objazdowy Bal Maskowy. Fot. Krystian Maruszewicz
Tabor Kaliski 2020 – Objazdowy Bal Maskowy. Fot. Krystian Maruszewicz

Ale czy warto? – zapytuję sam siebie, już późną nocą przelatując motorkiem przez rzekę w Pyzdrach. Czy warto? Jeszcze jak warto – odpowiadam, powtarzając za jednym takim włóczęgą; ale nie, żeby reanimować ekosystem tu czy tam. Ekosystem jest już zwyrodniały i funkcjonuje właśnie w oparciu o to zwyrodnienie. Warto dla tych przyjaźni, dla tych ludzi, którzy tak mocno przyciskają do serca, bo czują wdzięczność, dla dzikiej radości obcowania z prawdziwym pięknem, prawdziwą muzyką. Myślę, że też trochę na przekór, bo każdy z nas, który ciągle na nowo przeżywa szok teraźniejszości, ma w sobie troszkę buntu i niezgody. Z zamyślenia wyrywa mnie zarys domu, jest już druga po północy.

Mateusz Raszewski – miłośnik śpiewu kosów, skrzypek, uczeń ostatnich wiejskich mistrzów, budowniczy instrumentów. Samouk i piewca samokształcenia. Swoich nauczycieli odnalazł, włócząc się doliną Prosny. Zwykł mawiać: Co to jest droga, najlepiej dowiedzieć się nogami.

zmiana wielkości czcionki
Tryb kontrastowy

Pin It on Pinterest

Share This