Każde pokolenie ma swoje inspiracje 

 Andrzej Bieńkowski  

W czasie, kiedy zacząłem nagrania i badania terenowe w 1979 roku, zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, że w moim kraju, który szczyci się Chopinem i Szymanowskim, itd., muzyka, która była u źródeł ich inspiracji (tak twierdzą muzykolodzy), jest tak lekceważona i wykluczona z oficjalnego obiegu kultury? Taki apartheid – razem, ale osobno. Tym bardziej że malarstwo i rzeźba ze wsi po długich perypetiach zajęły ważne miejsce w panteonie naszej sztuki. Nikifor stał się obok Matejki najbardziej rozpoznawalnym malarzem. Dlaczego nie dotyczy to muzyki np. braci Metów czy rodu Gaców?

Ponieważ uroda muzyki tych ostatnich zachwyciła mnie, postanowiłem w ramach moich możliwości zmieniać ten stan. Czyli najpierw nagrać, a potem propagować. Ale propagować tak jak artysta, który promuje twórczość innych twórców uważanych przez siebie za wielkich.

Na początku ulegałem wpływowi metodologii znanych etnomuzykologów. To był mój błąd, bo ich założenia (wtedy wyrażane) były z grubsza biorąc takie, że im starsza muzyka, tym bardziej wartościowa, a muzyka XX wieku i jej instrumentarium nie zasługują na bliższe zainteresowanie. Przez to założenie straciłem nieodwracalnie kilka cennych lat.

Dwie wizyty

Na Roztoczu upał, komary. Polecono mi wizytę u miejscowego folk­lorysty, H. „On wszystko panu opowie”, zapewniano. Skromny drewniany dom. Wychodzi H. Niski, tęgi, spocony i nerwowy. Co i raz wyciera czoło chusteczką. Wypytuję o miejscowych muzykantów. Widzę, że nie jest tym zainteresowany. Odpowiada kwieciście, z zawijasami …czytaj dalej

Fragment książki Andrzeja Bieńkowskiego pt.: „Sprzedana muzyka”, Wołowiec 2007.

Początki mojej akcji Muzyka Odnaleziona, w ramach, której propagowałem muzykę wsi, nie były zachęcające. Po prostu nikt nie chciał takiej muzyki słuchać i oglądać, a sam uchodziłem za świra, który zadręcza ludzi tym „łodi ridi”.

Moi studenci na ASP też byli niechętni. Owszem, pod koniec lat 80. robiłem audycje dla Programu 2 Polskiego Radia. Ale przez prawie 20 lat działałem w pustce. Radykalna zmiana nastąpiła, kiedy poznałem Bractwo Ubogich. Po raz pierwszy spotkałem kogoś, kto myśli tak jak ja. Ludzi, dla których oberki i mazurki Józefa Kędzierskiego i Mariana Bujaka są takim samym dziełem, jak preludia Chopina czy Lutosławskiego. Ten kontakt nadał naszym badaniom (moim i żony – Małgorzaty Bieńkowskiej) nowy sens. Wreszcie wiedziałem, dla kogo to robię.

Sytuację „dzisiaj” widzę tak: sukcesy takich inicjatyw jak Wszystkie Mazurki Świata czy Taborów Domu Tańca są sygnałem, że nowa i liczna generacja traktuje tę muzykę jak my dawniej, i co więcej – gra ją po wiejsku. To fantastyczne! Jeżeli bylibyśmy skazani tylko na muzykę z płyt CD, to bardzo szybko muzyka wiejska stałaby się ciekawostką, a nie żywą kulturą. Ale wszystko ma swoją cenę. W tym wypadku paradoksem jest to, że mamy wiele kapel grających muzykę neo-wiejską, a eliminuje to z koncertów i warsztatów autentycznych wiejskich muzyków. Jest to zrozumiałe, że młodzi wykonawcy chcą pokazać swoje umiejętności (często wysokie) i zarobić parę groszy. No, ale? Obserwuję też to, że organizatorzy imprez chętniej zapraszają właśnie młodych, kosztem „starych” (sam nie jestem tutaj bez winy), choćby ze względu na kłopot z transportem muzyka ze wsi, no i  podeszły wiek wykonawców.

Ostatnich wiejskich muzykantów zostało niewielu i są to przeważnie 80-latkowie. Dajmy im jeszcze pograć dla ludzi.

Ale i ten problem ma swoją drugą stronę. Mam tu na myśli skandal na przeglądzie kapel w mieście Kolberga – w Przysusze. Przewodniczący jury i główny manipulator (to właściwe słowo) „od kultury” w Radomiu publicznie wyprosił z udziału w „folklorach” młodych wykonawców z „Warszawki” (tak ich określił). To już swego rodzaju patologia, a nie opieka nad muzyką wsi. Co jest jeszcze do zrobienia? Przede wszystkim odtworzenie orkiestr dętych. Jest ich w kraju po różnych remizach sporo, ale ten repertuar… Zaginęły poleczki, podróżniaki, oberki i to wszystko, co było istotą ich funkcjonowania (przypomnę chociażby dwunastoosobowe dęte orkiestry weselne z Lubelszczyzny). No i pamiętajmy o bardzo ciekawych kapelach z lat 60., w składzie: akordeon skrzypce, saksofon, trąbka i dżez. Jeszcze żyją muzycy z tych lat. Niedawno na spotkaniu w Łodzi zapytano mnie, dlaczego od 14 lat badam Ukrainę i Białoruś. Czy nie ma już nic ciekawego w Polsce? Odpowiedziałem, że tutaj wyczerpałem już swoje inspiracje i dlatego musiałem ruszyć na wschód. Zaprotestował Adam Strug, mówiąc, że to nie tak, te inspiracje ciągle są i białych plam muzycznych nie ubywa; trzeba tylko chcieć to zobaczyć. Przyznałem mu rację, mówiąc, że kieruję się swoim egoistycznym punktem widzenia, żeby usprawiedliwić moje nieróbstwo. Po prostu powróciłem po latach przerwy do malowania i pisania. I już nie starcza mi na badania terenowe pary. Niech to, co powiedział Strug, będzie naszą inspiracją.

W kulturze nie ma rzeczy skończonych i zamkniętych. Każde pokolenie znajduje w niej SWOJE inspiracje.

Wszystkie fotografie pochodzą z Archiwum Muzyki Wiejskiej fundacji Muzyka Odnaleziona:
www.muzykaodnaleziona.pl
www.amw.org.pl

Kapela Michała Wijaty. Opoczyńskie 1985. Video: Fundacja Muzyka Odnaleziona/Archiwum Muzyki Wiejskiej. Nagrania terenowe Andrzeja Bieńkowskiego

Kapela Józefa Bębenka. Radomskie, 1986. Video: Fundacja Muzyka Odnaleziona/Archiwum Muzyki Wiejskiej. Nagrania terenowe Andrzeja Bieńkowskiego

Stanisław Skiba – skrzypce, Henryk Pawlak – bębenek. Rawskie, 2002. Video: Fundacja Muzyka Odnaleziona/Archiwum Muzyki Wiejskiej. Nagrania terenowe Andrzeja Bieńkowskiego

Czas harmonii. Kapela harmonisty Jana Michalskiego z Klwowa, 1988. Video: Fundacja Muzyka Odnaleziona/Archiwum Muzyki Wiejskiej. Nagrania terenowe Andrzeja Bieńkowskiego

zmiana wielkości czcionki
Tryb kontrastowy